Gdyńska odsłona Remusa 0
Gdyńska odsłona Remusa

Teatr

Gdyńska odsłona Remusa

 

Niespełna miesiąc po premierze Przygód Remusa w Teatrze Miejskim im. Witolda Gombrowicza w Gdyni spotykam się z dyrektorem artystycznym teatru i reżyserem spektaklu – Krzysztofem Babickim. O tym, jak narodził się Remus w gdyńskim Teatrze Miejskim, i o wielu innych ciekawych kwestiach związanych z tym przedstawieniem dowiaduję się podczas blisko dwugodzinnej rozmowy.

 

 

Kiedy pierwszy raz spotkał się pan z powieścią Majkowskiego?

Podczas studiów polonistycznych na Uniwersytecie Gdańskim. Aby zająć się w późniejszym czasie reżyserią, musiałem skończyć wcześniej kierunek humanistyczny, wybrałem filologię polską. Mieliśmy zajęcia związane z dialektologią prowadzone przez prof. Marię Pająkowską-Kensik i wówczas dowiedziałem się, że jest taka epopeja kaszubska pt. Żëcé i przigòdë Remùsa. W bibliotece uniwersyteckiej polski przekład Remusa był książką trudno dostępną. Po zdobyciu mocno sfatygowanego egzemplarza przeczytałem tę powieść podczas jednego dnia i nocy. Było to w czasach, kiedy nie istniały jeszcze dwujęzyczne napisy w kaszubskich gminach, które mi się bardzo podobają, bo oddają szacunek autochtonicznym mieszkańcom tym ziem, którzy tworzyli i tworzą swoją kulturę i język. Jest to także poczucie, że żyjemy w kraju, gdzie jest to możliwe, bo jeszcze całkiem niedawno, w czasach PRL-u, było to nieosiągalne. Często narzekamy na rzeczywistość. Być może czasem tak trzeba, bo z pewnej nieufności i negacji często tworzy się nową wartość, natomiast trzeba widzieć te pozytywy i być ich świadomym. Początek mojej pracy reżyserskiej przypada na wspomniane lata PRL-u. Miałem wówczas taki ciekawy epizod pracy w teatrze fińskim w Turku, nieopodal jego siedziby był drugi teatr, szwedzki, z którym miałem okazję także współpracować: dwa teatry prawie obok siebie – fiński i szwedzki – i do obu chodzili ci sami widzowie, różnych narodowości, i wtedy zastanawiałem się, czy tak będzie kiedyś u nas? Taki rodzaj wspólnoty kulturowej. I po latach okazało się, że jest możliwe! Z pewnością był to wysiłek wielu ludzi.

 

Jakie podobieństwa do innych spektakli, młodopolskich i romantycznych, które wcześniej pan reżyserował, znajdujemy w dziele Majkowskiego?

Tak jak wspomniałem, Życie i przygody Remusa zafascynowały mnie już na studiach. Wiedziałem, że Majkowski był miłośnikiem twórczości Adama Mickiewicza, w pewnym sensie na nim literacko wyrósł. Odnajdywałem to wielokrotnie w dziele lidera młodokaszubów, szczególnie w jego rymowanych partiach, z którymi obszedłem się z dużym pietyzmem w swej adaptacji, bo to bardzo ideowe i ważne fragmenty. Kolejne podobieństwo to przenikanie się światów: realnego i fantastycznego, podobnie jak w Mickiewiczowskich Dziadach. Następne skojarzenia – zło, które ma wiele twarzy i u Mickiewicza (Belzebub, carscy urzędnicy), i u Majkowskiego (Smętek, Czernik, hrabia Strozzi, żandarm). W wielu utworach, gdzie mamy bohatera romantycznego, często odnajdujemy taką zasadę, że zło działa w dwóch przestrzeniach, a Remus to przecież bohater romantyczny. Tu trzeba jeszcze powiedzieć o kwestii zła, które lęgnie się w naszej głowie, a to nic innego, jak nasze lęki i fobie – w Remusie to: Trud, Strach i Niewarto. W dziele Majkowskiego odnajduję także wiele cech dramatu młodopolskiego, bardzo mi bliskiego – w 1985 roku w Teatrze Starym w Krakowie reżyserowałem spektakl Termopile Polskie Tadeusza Micińskiego, który zatrzymała mi cenzura na półtora roku – w epopei kaszubskiej natrafimy na wiele analogii także do tego dzieła, choćby sposób rymowania i pewna zasada, że to, co rymowane, ma większą rangę. Moim zdaniem Majkowski dotknął tego wszystkiego, co w literaturze najważniejsze, i przetworzył to na rodzimy grunt kaszubski. Z pewnością nie byłoby Dziadów Mickiewicza, Wesela Wyspiańskiego i Życia i przygód Remusa Majkowskiego bez zetknięcia się światów realnego i fantastycznego. Te dzieła nie istniałyby bez spotkania się tych przestrzeni. Jeśli ktoś mówi, że Remusa i Dziady można analizować tylko realistycznie, to jest w błędzie. Tadeusz Różewicz napisał kiedyś w jednym ze swych utworów: jestem realistą i materialistą, czasem tylko zmęczony zamykam oczy. Dzieło Majkowskiego z pewnością byłoby uboższe bez tego rozpięcia metafizycznego pomiędzy Bogiem a Szatanem, czyli dobrem a złem. W innym przypadku nie ma tej powieści. Ks. Józef Tischner często powtarzał, że prawdziwa sztuka zawsze dotyka absolutu w taki czy inny sposób. Myślę, że człowiek tego potrzebuje. I wyczuwam to u widza, który przychodzi do naszego teatru na epopeję kaszubską, a za parę dni na Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa.

 

Być może dojrzewamy jako społeczeństwo, pamiętam Dekalog Kieślowskiego, który miał swą premierę w końcu grudnia 1989 roku, w kinach zaistniał na początku lat dziewięćdziesiątych i wówczas, na fali zmian politycznych i społecznych, to niezwykle cenne dzieło przeszło prawie niezauważone. Zachwycano się nim natomiast na zachodzie Europy. Te społeczeństwa były z pewnością krok dalej od nas. My zachwycaliśmy się dziełami Kieślowskiego dopiero później. Może jest tu pewna analogia i dobry znak?

Być może coś w tym jest. To dobry prognostyk przed Dziadami, które planujemy w naszym Teatrze w końcu 2019 roku. Teatr w Polsce tkwi jeszcze w dziwnym punkcie. Jak przyjrzymy się np. teatrowi w Londynie czy Paryżu, to sztuki wystawia się tam w celu ukazania tekstu, żeby zagrać, a te wszystkie alternatywne eksperymenty są grane po garażach. U nas teatr offowy stał się mainstreamem. Z pewnością trzeba eksperymentować, ale nie na każdej scenie i nie za wszelką cenę, a co najważniejsze nie z każdym tekstem. Czy wyobraża pan sobie taki eksperyment z Remusem? Czyli utworem, który jest skomplikowany i złożony, nie jest powszechnie znany i jeszcze mielibyśmy utrudnić odbiór skomplikowaną narracją teatralną? Cieszy mnie, że to widzowie głosują w pewien sposób swoją frekwencją i nie zawsze chcą oglądać teatr wyłącznie eksperymentalny.

 

Kiedy pojawił się pomysł wystawieni Remusa na deskach gdyńskiego Teatru Miejskiego?

Po studiach reżyserowałem wiele spektakli i trochę o dziele Majkowskiego niestety zapomniałem. Kilkanaście lat temu, pracując w Lublinie, a mieszkając w Gdyni, w wolnych chwilach chodziłem do Teatru Miejskiego w moim rodzinnym mieście i nie śniłem, że w przyszłości będę jego dyrektorem, ale losy ludzkie są tak poplątane i nieprzewidywalne jak w dziele Majkowskiego. W tych wolnych chwilach odwiedzałem także wiele trójmiejskich muzeów. Któregoś razu dostałem zaproszenie od dyrektora Muzeum Narodowego Wojciecha Bonisławskiego na otwarcie wystawy związanej tematycznie z Kaszubami, było to około 2010 roku. Już wtedy wiedziałem, że zawodowo wracam do Gdyni i właśnie wówczas dyrektor Bonisławski namawiał mnie do wystawienia w Gdyni Remusa. Zanim do tego doszło, minęło parę lat. Obejmując Teatr Miejski w Gdyni, zastałem 18% frekwencję, to była groza, a zespół aktorski był dobry, po niewielkich jego wzmocnieniach mamy obecnie podczas większości naszych spektakli komplet widzów. Po tym wszystkim przyszedł czas na Remusa w bardzo ważnym roku dla naszego Teatru – 60-lecia.

 

Jak zareagował zespół Teatru na to dzieło?

Przybliżając Remusa aktorom, mówiłem, że to epopeja kaszubska. I chciałem, żebyśmy to zrobili w taki sposób, żeby widownia dziecięca i młodzieżowa miała swoją warstwę odbioru, a dorośli – swoją. Aby ci drudzy mogli także zobaczyć kawałek swego życia w działaniach głównego bohatera, w jego sukcesach i porażkach, w odbijaniu się od niewidzialnej szklanej ściany, co często zdarza się nam w życiu. Zespół zareagował bardzo dobrze, przypadł im do gustu przekład Lecha Bądkowskiego. I wtedy rozpoczęły się rozmowy – o kobietach w życiu głównego bohatera, o uniwersum utworu, miejscu akcji, przedstawieniu zła, bo przecież dziś już nikogo nie przekona diabeł z rogami, lecz bardziej ten zły, który dość niepostrzeżenie pojawia się w naszym życiu. Czasem nawet nie dostrzegamy, kiedy się to dzieje. Ale to także zły, który niejednokrotnie pochyla się nad losem człowieka, jak Mefisto u Goethego. Tak powstawał gdyński Czernik/Smętek. Myślę, że naszych aktorów mocno wciągnął Remus, i dzięki temu otrzymałem od nich sporo ważnych spostrzeżeń, które z pewnością wiele wniosły do widowiska. Zespół naszego teatru w dużym stopniu nie ma korzeni kaszubskich, ale zanim zaczęliśmy pracę nad Remusem, przekazałem im myśl, którą wielokrotnie powtarzała mi moja mama pochodząca z Lwowa, która w Gdyni znalazła swą drugą małą ojczyznę. U mojej mamy, absolwentki polonistyki, funkcjonował wręcz kult Kaszub. Często powtarzała mi, że nie można mieszkać na Kaszubach, nie zgłębiając duszy i kultury tego regionu, dlatego jako dziecko, a także później zwiedziłem wiele miejsc Kaszub – Wdzydze, Gowidlino, Chmielno i Gołubie Kaszubskie to miejscowości mego dzieciństwa. Mama, odnosząc się do Kaszub – a wtedy nikomu nawet nie śniło się o uchodźcach, mówiła – zobacz, to jest ziemia, która była tak dotknięta przez ten żywioł niemiecki, a jednak udzieliła schronienia wszystkim przybyszom: z Wilna, Lwowa i Grodna oraz wielu innych miejsc. Tę myśl miałem wręcz wbitą do głowy w młodości. Mama wielokrotnie powtarzała, że nigdy nie czuła się tutaj jak na zesłaniu, tylko odnalazła na Kaszubach drugą, małą ojczyznę.

 

Na jakie trudności natrafił pan przy pracy nad Remusem? Dzieło Majkowskiego nie uchodzi za „łatwe”...

Życie i przygody Remusa to dzieło obszerne i bardzo rozbudowane, a jeśli się je kieruje w pewnym stopniu do widza młodszego, to nie jest możliwe, aby spektakl trwał dłużej niż półtorej godziny. Z pewnością była to największa trudność, czyli sztuka wyboru, ale tak, aby nie pominąć najważniejszych kwestii. Przygotowanie adaptacji zajęło mi półtora roku i największym bólem dla mnie była rezygnacja z niektórych fragmentów. To tak trochę jakby ktoś chciał wystawić w całości Hamleta Szekspira – taki spektakl trwałby co najmniej pięć godzin, o Dziadach Mickiewicza już nawet nie wspomnę. Tworząc adaptację, zastanawiałem się mocno nad końcówką. Nie chciałem być tutaj dosłowny, jak ma to miejsce w powieści, bo nie o to chodzi w teatrze. Remus idący w końcówce w stronę swej królewianki to symbol pewnej kontynuacji i chyba sztafety swego ważnego posłannictwa. Zresztą w tej królewiance można odnaleźć dużo więcej znaczeń, w niej jest wszystko, to taki rodzaj kobiecości i z Joyceʼa, i z Biblii, taka wieczna kobiecość.

 

Co było dla pana zaskoczeniem lub objawieniem podczas pracy nad Remusem?

Mówiliśmy wcześniej o metafizyce tego dzieła, ale tu jeszcze muszę dodać, że po pewnym czasie, po iluś próbach zauważyłem, że wszystkie postacie realistyczne mają swoją wielowarstwową budowę. Przy pracy nad adaptacją powieści, która nie była napisana dla teatru, wyciągając dialogi i nie dokładając niczego ze swej strony, dostrzegłem, że z tego można zbudować krwiste i wyraziste role. Majkowski nie tworzył dzieła scenicznego, ale miał potężny instynkt teatralny, przykładem są postacie Remusa, Smętka, Trąby i Trąbiny, czyli wzniosłość, straszność i śmieszność występująca po sobie w teatrze. Kolejna kwestia, która wywarła na mnie duże wrażenie, to piękna tolerancja na Kaszubach, którą odnajdujemy w Remusie w postaci relacji głównego bohatera z Żydem Gabą. Nawet Wyspiański zgrzeszył w Weselu lekkim antysemityzmem. Niezwykle ciekawa jest postać Remusa, który w realnym świecie nigdy się nie cofa w walce ze złem, trudność ma jednak w momencie, gdy walczy z siłami zła z ukrytego świata. Fascynująca jest dla mnie scena w więzieniu, czyli rozmowa Remusa z Królem Jeziora, który zadaje pytanie: Czemu Bóg nas opuścił? Niesamowity tekst, który znowu zwraca nas do Dziadów Mickiewicza i frazy Konrada – jeśli się nie odezwiesz, Krzyknę, żeś Ty nie ojcem świata, ale... [Głos Diabła] Carem! Epopeja kaszubska to ogromna kopalnia dla badaczy literatury. Mocno pochylam się przed Majkowskim. Można powiedzieć, że miał świetne wykształcenie zdobyte na uniwersytetach w Berlinie, Gryfii i Monachium, ale można to mieć i nie umieć stworzyć tak wspaniałej kompilacji, jaką jest Remus.

 

Jak wygląda frekwencja i odbiór przedstawienia, jeśli chodzi o początek Remusowej drogi w gdyńskim Teatrze Miejskim?

Do końca marca mamy wykupione wszystkie bilety, a są już kolejni chętni. Spektakle wielokrotnie są nagradzane owacją na stojąco.

 

Jak długo Remus będzie gościł na deskach teatru? A może planujecie grę w innych miejscach?

Będziemy grać tak długo to przedstawienie, jak będą widzowie, którzy będą chcieli je oglądać. Pierwszy miesiąc i duże zainteresowanie oraz dobry odbiór świadczą o tym, że Przygody Remusa nie zejdą szybko ze sceny naszego teatru. W kwietniu będziemy wystawiać spektakl w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, a później prawdopodobnie w Kościerzynie. Myślę, że dzieło Majkowskiego powinno być grane co roku i powodów jest wiele. Dziwię się, że Remus do dziś na dobre nie zagościł w pomorskich szkołach. Z pewnością powinien. Myślę, że każdy na Pomorzu powinien poznać tę powieść. Na przykład w Krakowie nie ma klasy szkolnej, która nie odwiedziła Bronowic – miejsca pierwowzoru Wesela Wyspiańskiego. Kiedyś w Moskwie w jednym teatrze grano Trzy siostry Czechowa przez trzydzieści lat. W tym czasie zmieniło się już wielu aktorów, a ten spektakl stał się wizytówką tego teatru. Gdynia jest na Kaszubach i chciałbym, żeby epopeja kaszubska Majkowskiego stała się podobną wizytówką dla naszego Teatru.

 

Jakie są najbliższe plany Teatru Miejskiego w Gdyni?

Przygodami Remusa rozpoczęliśmy jubileuszowy rok naszej placówki – jej 60-lecie. Za chwilę, w końcu marca, czeka nas premiera Bankietu Witolda Gombrowicza. Trochę później, w czerwcu, inauguracja widowiska z piosenkami Agnieszki Osieckiej reżyserowanego przez Jacka Bałę, a związanego mocno z naszym morzem i Trójmiastem. Idąc dalej, odrobina współczesności czyli napisane dla naszego Teatru Czarne wdowy krakowskiej autorki. Spektaklem wieńczącym nasz jubileusz będą Dziady Mickiewicza. Reasumując – rok jubileuszowy rozpoczęliśmy epopeją kaszubską, a skończymy epopeją polską. Obie mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Te dwa spektakle to filary naszego programu w tym roku.

 

Z Krzysztofem Babickim rozmawiał Andrzej Busler

Tekst był publikowany w miesięczniku "Pomerania" w numerze 3/2019

Zespół aktorski gdyńskiego Remusa. Fot. Roman Jocher

Owacja na stojąco po premierze Remusa. Fot. Roman Jocher

Dyrektor i reżyser - Krzysztof Babicki podczas spotkania po premierze Przygód Remusa. Fot. Roman Jocher

Jeśli zainteresował Cię ten tekst, to polecam także wywiad z aktorką gdyńskiego Teatru Miejskiego Agnieszką Bałą - grającą w "Przygodach Remusa" postać Klementyny - tekst jest dostępny tutaj.

 

 

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl