„Gdynia w gazetach” powraca 0
„Gdynia w gazetach” powraca

Dzieje Gdyni

„Gdynia w gazetach” powraca

 

W 2001 roku znana badaczka i propagatorka dziejów Gdyni – Małgorzata Sokołowska wydała książkę „Gdynia w gazetach przez 75 lat”. Publikacja będąca wyborem artykułów prasowych z lat 1926–2001, w ciekawy sposób przybliżyła historię i koloryt miasta z morza i marzeń. Książka cieszyła się dużym zainteresowaniem czytelników i nakład dość szybko został wyczerpany. Można ją było czasem znaleźć na aukcjach internetowych, rzadziej w antykwariatach oraz oczywiście w gdyńskich bibliotekach. Przez wiele lat słyszeliśmy dużo zapytań – gdzie można nabyć tę książkę? Mamy dobrą informację – w najbliższym czasie będzie to możliwe, właśnie trwa dodruk tej ciekawej publikacji. Już niebawem będzie dostępna w naszej księgarni.

 

 

 

 

Przypominamy posłowie zamieszczone przez Małgorzatę Sokołowską w 2001 roku:

Gdynia ma to szczęście, że cały jej rozwój jako miasta był rejestrowany dzień po dniu i opisywany na bieżąco przez naocznych świadków: setki dziennikarzy. Trzeba było tylko relacje te wydobyć z zakurzonych roczników codziennych, lokalnych gazet, ukazujących się w latach 1926–2001. Z przedwojennych wybrałam „Gazetę Gdańską” i „Dziennik Gdyński”, powojennych – „Dziennik Bałtycki” i „Głos Wybrzeża” (po roku 1990 sięgnęłam także do nowych tytułów). Początkowo wydawało się, że po zebraniu tych artykułów książka będzie gotowa. Okazało się jednak, że nie wystarczy przeczytać kilkadziesiąt (bagatela!) roczników gazet, konieczna jest także solidna selekcja – w przeciwnym razie efektem mozolnej pracy byłoby dzieło przegadane i nudne. Zwłaszcza, że niektóre tematy powtarzały się w nieskończoność. Ot, choćby powojenne relacje o „Batorym”: wypłynął, wpłynął, dopłynął, płynie przez mgłę, zawinął, itp., itd; albo 1 Maja – prasa tworzyła z tego dnia wielkie wydarzenie i karmiła się nim już od początku kwietnia: przygotowania, zobowiązania, czyny na cześć, itp.

Wybierałam przede wszystkim teksty z pierwszych stron gazet oraz ważniejsze sprawy lokalne (zwłaszcza te, które pojawiały się po raz pierwszy, lub składały na wieloletni serial – jak np. budowa domu towarowego). Nie przytaczałam artykułów prasowych w całości, gdyż żadna książka by tego nie zniosła. Starałam się wydobyć z nich najistotniejszą treść, w opuszczonych miejscach wpisując znak skrótu (/ ... /). Czasami podawałam sam tytuł – gdyż reszta tekstu była tylko jego przegadanym rozwinięciem. Skupiałam się głównie na informacjach prasowych, gdyż inne gatunki dziennikarskie traktowały poszczególne zagadnienia zbyt obszernie jak na potrzeby tej książki. Starannie omijałam przemówienia, zwłaszcza te z lat PRL-u, gdyż niekiedy zajmowały trzy bite strony w gazecie, a niczego istotnego o życiu miasta nie mówiły. Choć prasa przez całe 75 lat bardzo wiele miejsca poświęcała wpływającym i wypływającym statkom oraz wizytom różnych flotylli, przywoływałam tylko te, które były podawane jako szczególnie ważne. Zdaję sobie sprawę, że zabraknie w książce niejednego tematu i niejednego, ważnego dla Gdyni nazwiska, ale przecież nie było moim celem napisanie wielotomowej bibliografii zawartości czasopism, lecz naszkicowanie życia miasta widzianego oczami dziennikarzy.

Dzieje Gdyni obejmują trzy etapy rozwoju naszego państwa: okres przedwojenny, czasy PRL (z kryzysami w latach 1956, 1970, 1980–81) i lata po roku 1989. Okres czwarty – czyli czas wojny, w zasadzie pominęłam, ograniczając się do zamieszczenia fotografii, stronicami gazet zaznaczając początek i koniec II wojny. Nie było przecież wówczas w Gdyni oficjalnej, polskiej prasy.

W opracowaniach historycznych poszczególne epoki oddziela wyraźna cezura. W gazetach, podobnie jak w życiu – takich ostrych granic nie ma (z wyjątkiem oczywiście wojny). Zmiany były bardziej ewolucyjnie, stopniowo pojawiały się nie tylko nowe informacje, ale także nowy styl wypowiedzi. Barwny, soczysty język gazet przedwojennych, przeobrażał się w drętwą „nowomowę”, pełną batalistycznej frazeologii (np. front walki o pokój czy o wodę w kranach, kampania żniwna, pole walki o sznurek do snopowiązałek). W każdym z tych okresów inny był nie tylko ton artykułów prasowych, ale także inne sprawy wysuwano na czoło. Przed wojną dominował zachwyt, że odrodzona Polska potrafi zdobyć się na wspaniały, nowoczesny port i piękne miasto. Dziennikarze pilnie relacjonowali postępy prac w porcie, odnotowywali każdy kolejny kilometr nabrzeża i każdą wizytę dobrego ducha Gdyni – ministra Kwiatkowskiego (zresztą poprzez gazety najwyraźniej widać, jak bardzo Eugeniusz Kwiatkowski zaangażowany był w budowę Gdyni, jak wiele czasu i serca w nią włożył). Po wojnie, a zwłaszcza w czasach stalinowskich, obok zachwytów nad kolejnymi sukcesami socjalistycznej budowy, często pojawiała się totalna krytyka „sanacyjnej” Gdyni, jako miasta aferzystów, spekulantów i głodujących robotników, mieszkających „pod schnącymi łodziami rybaków”. Autorzy takich tekstów zapominali tylko niekiedy dodać, że „nowo oddany”, socjalistyczny obiekt był zbudowany przed wojną (przykładem może być choćby Dom Rybaka czyli przedwojenny Dom Marynarza, albo Centrum Wychowania Morskiego – czyli Dom Żeglarza). Jednak tym, co najbardziej różnicuje poszczególne epoki, są oficjalne święta. Przed wojną głośno i z pompą obchodziliśmy Święto Konstytucji 3 Maja, Święto Niepodległości, Odzyskania Morza, Święto Morza, imieniny Marszałka Piłsudskiego a później rocznicę jego śmierci. W PRL-u: 1 Maja, 22 Lipca czyli Święto Manifestu Lipcowego, kolejne rocznice wyzwolenia spod hitlerowskiej okupacji przez „Armię Wyzwolicielkę”, Rewolucji Październikowej, powstania Armii Radzieckiej, urodzin i śmierci Lenina i urodziny Stalina. Natomiast Dni Morza łączone były z Dniem Marynarki Wojennej PRL. Dziś, wśród szczególnie uroczyście obchodzonych w Gdyni świąt, na czoło wysuwają się urodziny miasta i rocznica Grudnia'70.

Zdecydowałam się pokazać Gdynię z lotu ptaka – czyli jej życie zewnętrzne. Rośnie, rozwija się, powstają różne przedsiębiorstwa, nowe osiedla, budynki, restauracje, drogi. Gdynianie biorą udział w pochodach i oficjalnych uroczystościach, witają przyjeżdżające ważne delegacje. Radują się z nowych statków i przeżywają tragedie portowego miasta – gdy zdarzy się morska katastrofa. Wprowadzają do nowych mieszkań, robią zakupy i zmagają się z problemami dnia codziennego.

W konwencji tej nie mieściło się życie wewnętrzne miasta. Czyli po pierwsze kultura i sport – premiery sztuk, koncerty, wernisaże, spotkania autorskie, ważne mecze, porażki i zwycięstwa. Tematy to ponadto bardzo obszerne i warte osobnego opracowania (dlatego ujęłam je w najbliższych planach wydawniczych). Drugi ominięty przez mnie temat to większe afery i sprawy sądowo-kryminalne. Przed wojną prasa nie zostawiała suchej nitki na aferzystach i uważnie patrzyła na ręce władzom miejskim. Podobnie wygląda i teraz. Lecz w okresie PRL-u gazetami rządziła partia i cenzura – toteż w latach stalinowskich jako złoczyńców piętnowano głównie spekulantów i kułaków, a później wolno było co najwyżej pisać o sprawcach wypadków drogowych, złodziejach i rozbojach. Obraz byłby zatem wypaczony i fałszywy.

Wraz z biegiem lat zmieniała się nie tylko tematyka artykułów, ale także krój czcionki i układ stron, co starałam się oddać w miarę wiernie. Uporządkowane strony w gazetach przedwojennych, w latach późniejszych – dowolność układu i możliwie największe zróżnicowanie czcionek w długaśnych tytułach. Przedwojenną ortografię dostosowałam do dzisiejszych norm, ale starałam się pozostawić oryginalne stosowanie wielkich i małych liter. Dlatego też np. „trójmiasto” początkowo pojawiało się pisane przez małe „t”, by z czasem, gdy słowo to nabrało znaczenia nazwy własnej – przez duże „T”.

Brakuje autorów tekstów – ponieważ informacje prasowe albo nie były podpisywane, albo ledwie sygnowane. Odkrycie nazwisk pod nimi ukrytych byłoby bardzo trudne, a niekiedy wręcz niemożliwe.

Trudno wyobrazić sobie prasę bez zdjęć. W międzywojennych gazetach było ich niewiele i z reguły wiodły żywot niezależny od zamieszczanych artykułów. Podobnie rzecz miała się z powojennym „Dziennikiem Bałtyckim” czy „Głosem Wybrzeża”, a jeśli już fotografia dotyczyła zamieszczonego tekstu, to jakość jej w zasadzie wykluczała kopiowanie. Pozwoliła na to dopiero nowa technika drukarska, która pojawiła się wraz ze zmianą ustroju po roku 1990. Dlatego, dla zilustrowania poszczególnych tematów, sięgnęłam także (a raczej głównie) do archiwów Muzeum Miasta Gdyni, Zarządu Portu, Stoczni Gdynia SA, Urzędu Miasta, a także Spółdzielni Mieszkaniowej „Bałtyk”, firmy „Sanipor”, Telekomunikacji Polskiej SA, Straży Pożarnej, Pogotowia Ratunkowego, a także klubu MPiK, Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej, oraz jak zawsze życzliwych gdynian i Towarzystwa Miłośników Gdyni.

„Gdynia w gazetach” to żywa historia miasta, pełna ludzi w nim mieszkających i je tworzących. Na koniec książki dołączyłam więc indeks ponad pięciuset nazwisk oraz indeks przedmiotowy. Można przy jego pomocy prześledzić skomplikowane i długie dzieje nie tylko wielu gdyńskich firm, ale także losy basenów na Polance Redłowskiej, budowy węzła przy ul. Śląskiej, kłopoty z brakiem wody w kranach, zamknięte plaże, itd. Można sprawdzić, kiedy do kraju na święta płynęły cytrusy, jak piętnowano spekulantów i kiedy zniknął ze sklepów twarożek. Można też dowiedzieć się o różnych, często kuriozalnych, projektach urbanistycznych – na szczęście dla miasta nigdy nie zrealizowanych.

Uzupełnieniem indeksów jest spis tych ulic, których nazwy brzmią dziś zupełnie inaczej. Bo kto dziś pamięta, gdzie się znajduje i jaką obecnie nazwę nosi ul. Dywizji Syberyjskiej?

Książka jest do nabycia w naszej Księgarni CZEC - kliknij tutaj.

Małgorzata Sokołowska jest laureatką prestiżowego Medalu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego. Fot. Archiwum MS

 

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl