Nie tylko o tabakierach 0
Nie tylko o tabakierach

Gdyńscy kolekcjonerzy: Jerzy Zając

Nie tylko o tabakierach

 

Od wielu lat na swej kaszubsko-pomorskiej drodze spotykam ciekawych ludzi zajmujących się rozmaitymi dziedzinami regionalizmu. Sporą grupę stanowią kolekcjonerzy przeróżnych artefaktów. Jedną z takich osób jest gdyński kolekcjoner – Jerzy Zając, człowiek wielu pasji i zajęć.

 

Zawodowo związany niegdyś z Polskimi Liniami Oceanicznymi, a po reformie samorządowej w 1990 roku z Urzędem Miasta Gdyni, jako jego wieloletni sekretarz i dyrektor. To także jeden z ojców sukcesu gdyńskiego rugby – przez lata prezes klubu Arka Gdynia Rugby. Te wszystkie funkcje są z pewnością bardzo ważne, ale nasze kontakty „kręciły się” zawsze wokół regionalizmu kaszubskiego i kolekcjonerstwa związanego z naszą krainą. Jerzy Zając zajmuje się tymi sprawami od lat i ma wiedzę etnograficzną, której może mu pozazdrościć niejeden zawodowiec. Większość jego zbiorów ma dwa wspólne mianowniki: Gdynia i Kaszuby. Wizytówką zbioru Jerzego Zająca jest wspaniała kolekcja tabakier. Przeszło dziesięć lat temu owocem tej pasji było wydanie, wspólnie z innym pomorskim kolekcjonerem Edwardem Zimmermannem, albumu Tabaka na Kaszubach i Kociewiu. Gdyński kolekcjoner ma także pokaźny zbiór związany z dawną kuchnią pomorską. Część tych eksponatów była prezentowana w Ośrodku Kultury Kaszubsko-Pomorskiej w Gdyni, a niespełna dwa lata temu – w następcy tej gdyńskiej placówki, czyli Kaszubskim Forum Kultury.

Zachowanie kultury materialnej jest ważne, ale Jerzy Zając ma jeszcze jeden ważny atut w przypadku swych zbiorów – potrafi barwnie i ciekawie o nich opowiadać, snuć gawędy o ich historii oraz o dawnych właścicielach. Część tych opowieści to materiały na niejeden artykuł, a być może i na szersze opracowanie. Podczas naszego ostatniego spotkania towarzyszącego realizacji projektu „Znani i lubiani gotują” w Zespole Szkół Hotelarsko-Gastronomicznych w Gdyni, powiedział do mnie: przyjdź w wolnej chwili, przekażę ci ciekawe informacje o tabakierach, nie są powszechnie znane.

Po paru tygodniach doszło do spotkania. Głównym punktem rozmowy są tabakiery, ale dowiaduję się także o wielu innych szczegółach pasji Jerzego Zająca. Gdyński kolekcjoner wita mnie, pokazując nowe nabytki: piękne, stare niemieckie albumy związane z tematyką morską oraz odznakę dla wdów po niemieckich oficerach. Oglądam z zainteresowaniem. Moją uwagę wzbudza szczególnie ostatni obiekt, zastanawiam się, po kim ta pamiątka, kim był ten oficer, kim była wdowa... Taka właśnie jest pasja kolekcjonerska. To nie są tylko przedmioty, to także ludzkie historie, czasem dramatyczne. Poniżej zapis naszej rozmowy.

 

Kiedy zaczęła się u pana pasja kolekcjonerska?

Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, wędrowałem Górami Świętokrzyskimi w okolicach klasztoru św. Katarzyny. Ze znajomymi szliśmy korytem wyschniętego potoku. Na jego dnie zobaczyłem sporo kowalskich gwoździ, bardzo starych i zakrzywionych. Zacząłem je zbierać. To może dziwne, ale właśnie od tego się zaczęło, mam je do dziś. Później kupiłem zabytkowy wertikal w nieistniejącym obecnie sklepie meblowym na ul. Władysława IV w Gdyni, gdzie był także kącik staroci. Nie jest może najciekawszy, później nabyłem o wiele ładniejsze, ale także mam go do dziś, bo był pierwszy. Następnie przyszedł czas na kolejne tematy zbierackie – dokumenty, kowadełka jubilerskie i wiele innych. Sporo ciekawych rzeczy przywiozłem ze Stanów Zjednoczonych. Spędziłem tam pewien czas i natrafiłem na gospodarzy, którzy pozbywali się staroci ze swych posiadłości. A ja to wszystko zbierałem i przywiozłem sporo rzadkości do Polski, np. kosę.

Przez lata był pan właścicielem częściowo zabytkowego gbùrstwa na południowych Kaszubach. O tych zbiorach krążyły legendy. Według nich wiele muzeów na Pomorzu mogłoby pozazdrościć Jerzemu Zającowi eksponatów. Jak wspomina pan to miejsce?

To było piękne, urokliwe siedlisko. Starałem się tam dużo nie zmieniać. A gdy to robiłem, było dla mnie ważne, aby nie tworzyć nowoczesnego, często niestety kiczowatego obrazu, jakiego pełno w otaczającej nas przestrzeni. Nie zależało mi na przykład na tym, aby podjazd na podwórku był wybetonowany czy też w kostce. Gdy dokonywałem nowych nasadzeń, starałem się, aby nie były to wszechobecne tuje i bukszpany, tylko rośliny, które można było znaleźć jeszcze kilkadziesiąt lat temu w podobnych miejscach, np. piękne malwy i kalinę, którą przesadzałem z pól. Podobnie czyniłem w przypadku domostwa oraz zabudowań gospodarczych, a na podwórku, jak to w gburstwie, były kury i gęsi. Wszystkie miały imiona i wiodły spokojny oraz długi żywot.

Nie żal panu, że to piękne gospodarstwo jest już w innych rękach?

Zdecydowanie żal. Ale lata biegną. Mieszkam w Gdyni, prawie w każdy piątek po pracy tam jeździłem i trzeba było to wszystko utrzymać – koszenie, grabienie, remonty itp. Tak się nie da przez całe życie. Nie mogłem tego zachować na takim poziomie, jaki sobie wymarzyłem. Kochałem to miejsce. Pocieszające jest to, że była sołtys, która to kupiła, nie wprowadza wielkich zmian i zachowała pewną kulturę tego miejsca. Czasem opisując niektóre części tego gburstwa, mówi: to jest Zającowe. I to cieszy i napawa optymizmem. Często odwiedzam te strony.

 

Co pan odnajdywał w tej południowej, kaszubskiej krainie zwanej Gochami?

Poza samymi eksponatami najciekawsi byli dla mnie ludzie – miejscowi, autochtoni, czyli Kaszubi. Pochodzę ze Szczecina, ale moje miejsce to Gdynia i Kaszuby. Tu spędziłem większość swego życia. Czasem jeździłem po świecie, ale teraz jest mi to zupełnie niepotrzebne, najlepiej czuję się na Kaszubach. To moja kraina. My, ludzie żyjący w dużych miastach, często mamy takie złudne pojęcie, że wszystko już wiemy. Wielu z nas ma wyższe wykształcenie, ale tak naprawdę bez obecnych zdobyczy techniki jesteśmy bezradni jak dzieci. Byłem pod wrażeniem rozwiązań technicznych stosowanych przez miejscowych Kaszubów, którzy często pomagali w moim gburstwie. W wielu wypadkach oczywiste było, że w niektórych pracach będziemy musieli użyć ciężkiego sprzętu, którego tam nie było, a oni potrafili sobie radzić, mając silne ręce i, co najważniejsze, pomysł. Byli bardzo sprytni i niezwykle praktyczni. Myślę, że mogliby być znakomitymi inżynierami w wielu dziedzinach. Kiedyś większość przedmiotów użytkowych wykonywano przecież własnoręcznie – z pewnością nie kupowano ich w GS-ach czy tak jak my – w marketach.

 

Mieliśmy dziś rozmawiać o tabakierach – jednym z najważniejszych punktów pańskiej pasji kolekcjonerskiej. Wspominał pan, że dysponuje wiadomościami, które nie są powszechnie znane...

Zgadza się, wiele razy zastanawiałem się nad tym, dlaczego tabakiery mają w większości taki właśnie kształt – spłaszczonego rożka. Przecież można by to zrobić znacznie prościej w wielu innych formach. Zastanawiałem się także, dlaczego większość starych tabakier nie ma zatyczki, dziś wykonywanej najczęściej z kawałka drewienka, skóry czy innego materiału. Pamiętam, że gdy byłem prezesem Arka Gdynia Rugby, na większość meczy przyjeżdżał zagorzały kibic – sympatyczny chłopak z Kuźnicy, czyli rybackiej stolicy Nordy. Wielokrotnie częstował mnie tabaką. Miał piękną, starą i rzadką tabakierę rogową – na moje oko koniec XIX wieku. Chciałem ją od niego nabyć, oferowałem pokaźne sumy, ale jak powiedział, że to pamiątka rodzinna po dziadku, to zbił wszystkie moje argumenty i odpuściłem. Ta stara tabakiera nie miała zatyczki. Podczas meczy znajomy z Kuźnicy wiele razy częstował mnie tabaką, a tabakierę wsadzał do wewnętrznej kieszeni kurtki. Co ciekawe, tabaka nie wysypywała się i nie brudziła kieszeni. Podobny brak zamknięcia zdarzał się przy innych starych tabakierach, na które natrafiałem wcześniej oraz później. Ktoś mógłby powiedzieć, że może się zawieruszyły. Kiedyś spotkałem się z rolnikiem z Grabowca (gmina Szemud), jak częstował mnie tabaką, zobaczyłem, że w jego tabakierze także nie ma zatyczki. Zapytałem go o to, a on mi odrzekł: Panie, na polu, przy robocie, gdzie ja bym szukał tej zatyczki?!

Zrozumiałem, że dawne tabakiery nie miały tych zatyczek, że to wytwór naszych czasów. Powiedziałbym wręcz: patent dla turystów. Zastanówmy się, jak dawniej rolnik czy rybak, który miał często ręce jak bochny chleba, silne i spracowane, często dotknięte reumatyzmem, będąc np. w pracy na morzu, gdzie jest zimno i wietrznie, czy też na polu, miał poradzić sobie z taką zatyczką? To po prostu niedorzeczne.

 

Wszystko układa się w logiczną całość. A dlaczego tabakiery nie brudziły kieszeni?

I tutaj dochodzimy do kształtu tabakiery, który idealnie pasuje właśnie do wewnętrznej ciasnej kieszonki w kamizelkach, które często nosili Kaszubi. Tabaka umieszczona w spłaszczonym rożku nie wysypuje się. Z pewnością pomagała w tym też stosowana niekiedy wewnętrzna przegroda w tabakierach.

 

 

Czy tabaka nie wietrzała?

Dawniej tabaka była trochę inna, bardziej sucha, ale musimy pamiętać też o tym, że z pewnością Kaszubi jej nie oszczędzali, i tabakiery trzeba było nabijać często. Moim zdaniem nie było więc tego problemu.

 

Dziękuję za rozmowę, życząc kolejnych ciekawych nabytków kolekcjonerskich.

Z gdyńskim kolekcjonerem Jerzym Zającem rozmawiał Andrzej Busler

 

Jerzy Zając - urzędnik, kolekcjoner i społecznik. Fot. Wojtek Jakubowski/KFP

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl