Gdyńskim szlakiem
Niezwykła kamienica
Przechadzając się wielokrotnie centrum Gdyni, często mijałem przedwojenną kamienicę przy ulicy Mściwoja 10. Jest to obszar przywołujący wiele wspomnień rodzinnych i nie tylko – pełno tutaj ciekawych nawiązań do historii. Pierwsze z nich to imię pomorskiego księcia. Na tej ulicy swe miejsce miała w międzywojniu słynna drukarnia Franciszka Petrymusza, zagrabiona później przez władzę ludową. Tutaj mieściła się w latach powojennych redakcja „Dziennika Bałtyckiego” w której pracował Lech Bądkowski. Także przy ul. Mściwoja, moja rodzina – Polonia Gdańska, miała w czasie II RP siedzibę swojej firmy. Przodkowie nie bez przyczyny lokowali ją właśnie tutaj – w przedwojennej Gdyni – czuli się Polakami, odchodząc stopniowo z Wolnego Miasta Gdańska w miarę zwiększającej się dominacji żywiołu faszystowskiego w tym mieście. Dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej w stronę ulicy Starowiejskiej jest słynne miejsce – dom rodziny Skwierczów, zwany popularnie domkiem Abrahama, ostatnie miejsce zamieszkania Antoniego Abrahama.
W 2020 roku los zetknął mnie z właścicielami wspomnianej kamienicy Mściwoja 10 – kaszubską rodziną Ciarów. Stało się to za sprawą Małgorzaty Sokołowskiej – autorki wielu ciekawych publikacji o mieście z morza i marzeń. W jednej z naszych rozmów wspominałem, że pragnę w tym roku umieścić w centrum Gdyni, okolicznościowy baner, nawiązujący do rocznicy 1920–2020, czyli powrotu Macierzy na Pomorze. Szukałem właścicieli nieruchomości, którzy udostępniliby powierzchnię pod ten pomysł. Wówczas spotkaliśmy się z Bartoszem Heniczem – potomkiem rodziny Ciarów, który przystał na moją propozycję. Nie był to wybór przypadkowy, Małgorzata Sokołowska wielokrotnie opisywała ciekawe, wojenne losy Ciarów, którzy podczas okupacji niemieckiej angażowali się w działalność konspiracyjną, płacąc za to najwyższą cenę.
23 czerwca br., na kamienicy został umieszczony piękny baner budzący jednoznaczne skojarzenie z rocznicą 1920–2020. Niezwykła historia gdyńskiej rodziny, którą poznałem, skłoniła mnie do jej opisania i podzielenia się z innymi.
W czerwcowy dzień spotkałem się przy Mściwoja 10 z właścicielem kamienicy – Bartoszem Heniczem, aby zebrać zasłyszane okruchy tej rodzinnej opowieści.
Na początku naszej rozmowy chciałbym zapytać o pańską tożsamość – kim się Pan czuje?
BH: Od zawsze miałem poczucie pewnej przynależności do wspólnoty kaszubskiej, chociaż moim zdaniem nie znam wystarczająco historii Kaszub czy języka kaszubskiego. Staram się jednak uzupełniać te braki. W przekazie rodzinnym, wątek tożsamości kaszubskiej przewijał się dość często, jesteśmy spokrewnieni ze starymi gdyńskimi rodami o kaszubskich korzeniach. Moja babcia była córką kaszubskich rolników z Pogórza. Poza tym w pamięci przywołuję wieloletnią przyjaźń moich rodziców z śp. ks. prałatem Hilarym Jastakiem, który udzielał im ślubu. Ks. Jastaka zwanego królem Kaszubów pamiętam jako dziecko z kolęd w naszym domu, często przedłużających się do późnych godzin wieczornych oraz wyjątkowych uroczystości rodzinnych. Ta przyjaźń, ciekawe rozmowy i opowieści ks. Jastaka nie pozostały bez wpływu na mój światopogląd. Gdybym miał siebie określić to powiedziałbym, że czuję się lokalnym patriotą o kaszubskich korzeniach. Wśród znajomych mam wielu Kaszubów, szanuję tę historię i kulturę.
AB: Czy pamięć o Waszych przodkach – myślę tutaj szczególnie o czasie II wojny światowej – była i jest mocno obecna w Waszej rodzinie?
BH: Przekaz rodzinny ze strony mojej mamy był dość ubogi w informacje na temat losów wojennych. Po pierwsze z powodu wieku – mama miała dwa lata kiedy rozpoczęła się wojna, a pięć lat, kiedy opuściła Gdynię po aresztowaniu jej rodziców przez gestapo za aktywną działalność konspiracyjną. Ja niestety nie miałem szczęścia poznać dziadków – dziadek Marceli zmarł w marcu 1945 roku podczas Marszu Śmierci, kiedy Niemcy ewakuowali więźniów z KL Stutthof. Babci Bronisławie cudem udało się przeżyć obóz. Oboje trafili tam po wielkiej wsypie konspiracji gdyńskiej w grudniu 1942 roku. Babcia zmarła w 1971 roku, kiedy ja miałem zaledwie rok. Z przekazów rodzinnych wiem, że z powodu traumy spowodowanej pobytem w obozie koncentracyjnym, bardzo niechętnie opowiadała o czasie wojennym, a moja mama była za młoda żeby dociekać historii tych tragicznych wydarzeń. Kilka lat temu zacząłem zgłębiać owiane mgłą dzieje rodzinne, poszukiwać dokumentów, opracowań, wywiadów, książek, zdjęć, przeszukiwać archiwa i uczestniczyć w wykładach i spotkaniach historycznych dotyczących wydarzeń wojennych w Gdyni oraz w obozie Stutthof. Poznałem przy tej okazji wielu ciekawych ludzi, historyków, dziennikarzy i znawców tematu m.in Elżbietę Grot – wówczas kierownika działu naukowego Muzeum Stutthof i Małgorzatę Sokołowską – pasjonatkę i znawcę historii Gdyni. Jestem wdzięczny, że dzięki nim dotarłem do wielu źródeł i materiałów, rozświetlających dzieje naszej rodziny. Odpowiadając na pytanie – pamięć o moich przodkach była i jest u nas bardzo obecna. Dobrym przykładem jest fakt, że mój syn Marcel nosi imię po swoim pradziadku Marcelim.
AB: Wiele lat nie mogliście mieszkać w rodzinnym domu przy ul. Mściwoja 10, jakie były Wasze wrażenia wracając w to miejsce? Gdzie mieszkaliście wcześniej?
BH: Rodzinna kamienica została odebrana mojej rodzinie dwa razy. Pierwszy raz podczas okupacji przez Niemców, drugi przez władze powojennej Polski, krótko po powrocie babci z obozu koncentracyjnego. Jej droga na rodzinną ziemię wiodła przez Szwecję w 1946 roku. Nasz dom został zbombardowany podczas największego nalotu brytyjskich Lancasterów na Gdynię w grudniu 1944 roku. Wówczas, poważnemu uszkodzeniu uległa 1/4 budynku. Po wojnie, władze prl-owskie zażądały od babci szybkiej naprawy budynku, w przeciwnym razie zagrożono konfiskatą kamienicy. Babcia była sama, wycieńczona po obozie i praktycznie pozbawiona środków do życia, ale dzięki swojej niesamowitej determinacji, pomocy rodziny i przyjaciół udało się wielkim wysiłkiem odbudować dom. Po tym, władza ludowa i tak przejęła naszą kamienicę i wyrzuciła babcię z dwójką małych dzieci na bruk. Wtedy trafiła „pod skrzydła” swojego kuzyna i przyjaciela rodziny – Jana Skwiercza i kilka lat przemieszkała razem z dziećmi – moją mamą i wujkiem w jednym pokoju przy ul. Starowiejskiej 37. Mój dziadek Marceli i Jan Skwiercz umówili się zawczasu, że jeżeli którykolwiek z nich będzie miał kłopoty lub nie przeżyje wojny, wówczas ten drugi, pozostający przy życiu, zaopiekuje się osieroconą rodziną.
Z rodzicami i bratem mieszkaliśmy początkowo przy ul. Władysława IV 21, a od 1971 roku przy ul. Świętojańskiej 2 przy placu Kaszubskim. Dopiero w 1988 roku udało się nam odzyskać od Państwa nasz dom – zdewastowany, zaniedbany, nieremontowany przez lata, zamieszkany przez patologię i komunalnych najemców. Pamiętam wielką radość i wręcz niedowierzanie jak po wielkich bojach udało mi się wygospodarować pierwsze mieszkanie – malutką kawalerkę o powierzchni 23 metrów kwadratowych. Od tego czasu, praktycznie bez przerwy coś remontujemy. Stary dom to trochę jak studnia bez dna...
AB: Czy kamienica „Mściwoja 10” to tylko adres, czy coś więcej?
BH: Dla mnie to coś zdecydowanie więcej. To część historii mojej rodziny, której odkrywaniu w pewien sposób się poświęciłem. To właśnie nasz dom był zapalnikiem do intensywnych poszukiwań własnej historii i tożsamości.
AB: Wasza kamienica wpisuje się architektonicznie w styl gdyńskiego modernizmu. Proszę o podanie trochę szczegółów dotyczących tego międzywojennego budynku.
BH: Projekt architektoniczny został wykonany przez Zbigniewa Kupca. Był to jeden z pierwszych projektów jego nowo powstałego biura architektonicznego w 1935 roku. Budowę rozpoczęto w 1935 roku, a zakończono odbiorem budynku w 1936 roku. Dom od początku był siedzibą dla wielu firm: słynnego Wedla, komórki administracyjnej Banku KKO, fryzjerni, składu papieru, a także kancelarii prawnych, gabinetów i biur. Między innymi znajdowało się tam biuro Przedsiębiorstwa Robót Inżynieryjnych inż. Jana Śmidowicza, przyjaciela dziadka, bardzo zasłużonego dla Gdyni – budowniczego i specjalisty robót hydrotechnicznych tj. falochrony, nabrzeża portowe, systemy kanalizacyjne i wodociągowe, magazynów portowych i wielu innych. Dziś jego imię nosi jedna z oksywskich ulic. Nawiązując do wyposażenia kamienicy z pewnością interesujące jest lastryko na klatce schodowej autorstwa jedynego w tamtych latach sopockiego rzemieślnika – artysty. Idąc dalej – balustrada i poręcze wykonane zostały przez warsztat ślusarski wspomnianego wcześniej Jana Skwiercza. Ciekawa jest także winda firmy Groniowski Ska Akc. Większość wyposażenia kabiny i oznaczeń jest oryginalna. Z windą wiąże się ciekawa historia – uruchomiliśmy ją w 1997 roku. Po ponad pięćdziesięciu latach nieużywania, wyciągnęliśmy na linach kabinę, która „przewisiała” w szybie cały okres PRL-u. Nie ukrywam, że podczas tej operacji mieliśmy obawy, co tam zastaniemy, ale nikogo ani niczego w środku nie znaleźliśmy.
AB: Z wieloma gdyńskimi kamienicami związane są ciekawe, a czasem tajemnicze historie. Niedawno powstały dość poczytne dwie części książki Arkadiusza Brzęczka Sekrety gdyńskich kamienic nawiązujące do tej tematyki. Czy kamienica przy Mściwoja 10 posiada także jakieś szczególne tajemnice i niezwykłe historie?
BH: Jest niestety pewna smutna historia wojenna. Według przekazu rodzinnego, podczas nalotu w 1944 roku, kiedy spadła bomba i uszkodziła budynek, zasypała w piwnicy niemieckich lokatorów. Był to niewybuch. Kiedy ówcześni mieszkańcy kamienicy zbiegali podczas nalotu do piwnicy, mały chłopczyk o imieniu Karl Heinz, wyrwał się niani i wrócił do mieszkania po swoją ulubioną zabawkę. W tym czasie bomba wpadła do budynku i chłopiec został z zabawką na schodach. Przeżył jako jedyny.
AB: Dlaczego zgodziliście się na umieszczenie kaszubskiego baneru, nawiązującego do rocznicy powrotu Macierzy na Pomorze, udostępniając bezpłatnie powierzchnię na kamienicy? Dziś to raczej nieczęsta postawa w skomercjalizowanym świecie?
BH: Jak wspominałem na początku naszej rozmowy, mam korzenie kaszubskie, szanuję Kaszubów i jeżeli w ten sposób mogę pomóc, chętnie to zrobię i w tym przypadku kwestia wynagrodzenia ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Nie traktuję tego w kategoriach biznesu, tylko jako pomoc i swój wkład w promowanie kaszubszczyzny.
AB: W naszych wcześniejszych rozmowach zauważyłem, że przywiązuje Pan dużą wagę do do wielu spraw związanych z kamienicą, nie chodzi mi tutaj wyłącznie, że jest to miejsce Pana zamieszkania i działalności gospodarczej. Wyczułem, że to coś więcej – proszę o tym opowiedzieć, a także przybliżyć co planuje Pan w tej kwestii w najbliższym czasie?
BH: Mój związek z kamienicą jest bardzo złożony. Postawiłem sobie za cel zamknąć koło historii, a przynajmniej próbować tego dokonać, tym bardziej że ani babcia ani dziadek nie mieli szczęścia cieszyć się swoim domem, dbać o niego i dzięki niemu po prostu żyć. Dlatego zdecydowałem się poświęcić swoją energię, na przywrócenie kamienicy – dawnej, przedwojennej świetności oraz jej biznesowego charakteru. Od kiedy odzyskaliśmy budynek stale coś wymieniamy, modernizujemy i naprawiamy, ale dopiero kiedy w grudniu 2016 roku odkupiliśmy połowę udziałów od rodziny, która nie była zainteresowana partycypacją w kosztach modernizacji, rozpoczęliśmy prawdziwy – pierwszy w historii budynku – remont generalny. Przez ostatnie trzy lata zostały wyremontowane praktycznie wszystkie lokale, balkony, dach, kominy, wymieniona większość instalacji elektrycznych, hydraulicznych, kanalizacyjnych, wentylacyjnych i grzewczych, a w tym cały węzeł ciepłowniczy, wygospodarowaliśmy taras na ostatniej kondygnacji, wyremontowaliśmy piwnice, zainstalowaliśmy stację uzdatniania wody. W następnej kolejności planujemy remont elewacji. Mamy już wstępne uzgodnienia z miejskim konserwatorem zabytków, a na koniec mamy zamiar przeprowadzić remont i rewitalizację klatki schodowej.
AB: Dziękuję za rozmowę i przekazanie ciekawych informacji wpisanych w dzieje Gdyni, życząc realizacji Pana marzeń związanych z kamienicą przy Mściwoja 10.
Z Bartoszem Heniczem rozmawiał Andrzej Busler
Kamienica przy Mściwoja 10, krótko po wybudowaniu przed wybuchem II wojny światowej. Zbiory UM Gdynia
Wojenne uszkodzenia kamienicy, 1946 rok. Zbiory rodziny Ciarów – Henicz
Maszynownia przedwojennej windy. Fot. Andrzej Busler
Elementy maszynowni przedwojennej windy. Fot. Andrzej Busler
Do dziś w windzie znajdziemy oryginalne tabliczki znamionowe firmy Roman Groniowski Sp. Akc. Warszawa. Fot. Andrzej Busler
Klatka schodowa – jeszcze przed remontem. Fot. Andrzej Busler
Wizualizacja rewitalizacji klatki schodowej – kolejny, planowany etap prac modernizacyjnych kamienicy. Mat. Bartosz Henicz
Bronisława Ciara
Panna Bronisława Paczull w wianie otrzymała od swego wuja Augustyna Grubby parcelę przy ul. Mściwoja 10. Miała ledwie dziewięć lat gdy została sierotą – mamą była Julianna z d. Skwiercz, ojcem rolnik Karol Paczull. Urodziła się 30 grudnia 1907 r. w Pogórzu, ukończyła Państwowe Seminarium Nauczycielskie Żeńskie w Wejherowie i do ślubu w 1934 r. pracowała w szkole. Jej mężem został, przybyły z Kociewia, Marceli Ciara – prokurent Komunalnej Kasy Oszczędności (od września 1927 r.), a świadkami byli dyrektor KKO Franciszek Linke i wuj panny młodej Augustyn Józef Skwiercz, właściciel hotelu „Centralnego” przy ul. Starowiejskiej 1. W 1936 r. małżonkowie postawili 4-piętrową kamienicę. Obok, w 1938 r., na nieodpłatnie użyczonych przez Jana Grubbę gruntach u zbiegu ul. Mściwoja i Zgody, Komisariat Rządu wykonał pierwszy ogródek jordanowski.
Zaręczyny Bronisławy Paczull z Marcelim Ciarą. W I rzędzie na dole ks. Jan Skwiercz. W II rzędzie, od lewej: Władysław Budyn, Zofia Skwierczowa z d. Roszczynialska (żona Augustyna Józefa), NN, Rozalia Budynowa (siostra Jana Grubby), Augustyn Józef Skwiercz. III rząd: w głębi NN, Marian Gołuński i Franciszka Gołuńska, Elżbieta Ficht i jej mąż Jan, Bronisława Paczull (z kwiatami) i jej narzeczony Marceli Ciara, siostra Bronisławy – Elżbieta Śliwińska i jej mąż Teodor, Czesława Grubba z d. Brejska i jej mąż Jan Grubba. Gdynia, 8.12.1933 r. Zbiory rodziny Ciarów - Henicz. Foto Elite
Wojenna historia
Stanisława Joanna Kłosińska z domu Rogozińska urodziła się w 1905 r., z zawodu była stenotypistką po niemieckim liceum, pracowała w Gdyni w norweskim przedsiębiorstwie maklersko-spedycyjnym do zamążpójścia w 1936 r. Mąż Jan Kłosiński był do wojny maklerem okrętowym i spedytorem morskim. Walczył w obronie Pomorza w I Baonie Morskim i przebywał w niewoli przez całą wojnę. Stanisława została biuralistką Zarządu Hoteli i Restauracji – instytucji likwidującej polskie zakłady.
Zaprzysiężona została przez kapitana Józefa Olszewskiego „Andrzeja” w 1941 r. jako łączniczka Komendy Podokręgu Północ-Zachód ZWZ-AK. Kontaktowała „Andrzeja”, Lucjana Cylkowskiego, Adama Feigla, Jana Witta, małżeństwo Marcelego i Bronisławy Ciarów, odbierała leki i materiały opatrunkowe od dr. Wiktora Janusza i dostarczała do Ciarów – u których był punkt sanitarny. Współpracowały z nią siostry Kazimiera i Maria, Wanda Szpręgowa oraz kuzynka Maria Wittowa.
Aresztowana została w mieszkaniu przez gestapo 5 października1942 r. wraz z „Andrzejem”, matką i siostrami. Przetrzymywana w więzieniu gdańskim do początku grudnia 1942 r., została zesłana do KL Stutthof. Trzymana była tam do 25 kwietnia 1945 r., tj. do czasu ewakuacji więźniów barką na Rugię. W czasie postoju barki w porcie Lauterbach udało się jej zbiec.
Aresztowany razem z „Andrzejem” wujek Stanisławy Kłosińskiej – Jan Kwiatkowski, przedwojenny poseł z ramienia Stronnictwa Narodowego, zginął w KL Stutthof.
Józef Olszewski „Andrzej” zdążył przed zakuciem w kajdany zażyć truciznę i zmarł tego samego dnia w areszcie. Miał 33 lata. Był ciotecznym bratem Marii Wittek, szefowej Wojskowej Służby Kobiet Komendy Głównej ZWZ – która w Gdyni jest patronką jednej z ulic.
Stanisława Kłosińska zmarła w 1996 r., spoczęła na Cmentarzu Witomińskim.
Małżeństwo Bronisławy i Marcelego Ciarów
Stałym gdyńskim punktem kontaktowym „Andrzeja” z jego kilku podkomendnymi z terenu było mieszkanie państwa Ciarów w ich własnej kamienicy przy ul. Mściwoja 10, z racji dozorstwa domu. Nie mogę pominąć faktu, że szlachetność, ofiarność i absolutną bezinteresowność tej rodziny „Andrzej” przy każdej okazji podkreślał – relacjonowała po latach łączniczka Stanisława Kłosińska.
Nauczycielka Bronisława Ciara w momencie wybuchu wojny miała 32 lata, Marceli, urzędnik bankowy, był siedem lat starszy. Mimo dwójki małych dzieci, do konspiracji wstąpili razem, Bronisława „Dolina” była też kolporterką podziemnego pisma „Polska żyje”. Aresztowano ich na skutek wsypy w październiku 1942 r.
Marceli zmarł na tyfus podczas Marszu Śmierci 16 marca 1945 r. w okolicy Rybna – miał 45 lat. W 1946 r. ekshumowano jego szczątki na Cmentarz Witomiński.
Bronisława Ciara obóz przeżyła, dostała się na leczenie do Szwecji przez Szwedzki Czerwony Krzyż, wróciła do kraju. Pracowała jako urzędniczka, ale w PRL nie miała prawa mieszkać we własnym domu. Zmarła w 1971 r., pochowana jest razem z mężem.
Tekst pochodzi z książki Małgorzaty Sokołowskiej "Kobiety Gdyni. Ciche bohaterki” wydanej w 2019 roku.
Marceli i Bronisława Ciara. Zbiory rodziny Ciarów – Henicz
Bronisława Ciara z córką Marysią i synkiem Jasiem. Zbiory rodziny Ciarów – Henicz
Okolicznościowy baner – projekt autorstwa Małgorzaty Bądkowskiej, umieszczony na kamienicy przy ul. Mściwoja 10 w Gdyni.