Grudzień 70 - wspomnienia Józefa Lanca

0
Grudzień 70 - wspomnienia Józefa Lanca

Moje wspomnienia

Grudzień 1970

 

W związku z 50. rocznicą Grudnia 70, publikowałem artykuły i wspomnienia gdyńskich stoczniowców uczestniczących w tych tragicznych wydarzeniach. Po ich publikacji skontaktował się ze mną mój znajomy ze Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego - Józef Lanc - wieloletni pracownik dawniej Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, późniejszej Stoczni Gdynia, a obecnie Crist S.A. Poza zawodową działalnością stoczniową, Józef Lanc od wielu lat działa na niwie samorządowej i kaszubskiej - był radnym i wielokrotnie prezesem rumskiego oddziału ZKP.  Poniżej zamieszczam wspomnienie z Grudnia 70 autorstwa Józefa Lanca:

 

W grudniu 1970 r. miałem 18 lat, uczęszczałem do wieczorowego Technikum Budowy Okrętów w Gdyni i od kilku miesięcy pracowałem na stanowisku trasera optycznego w Stoczni im. Komuny Paryskiej. Mieszkałem wówczas na tzw. kwaterze stoczniowej na Płycie Redłowskiej wraz z czwórką innych kolegów-stoczniowców. Stocznia liczyła wówczas ok. 10 tys. pracowników. W Polsce rządził I sekretarz PZPR Władysław Gomułka. Dwa tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia, rząd podniósł ceny niemal wszystkich podstawowych artykułów spożywczych, co wywołało niezadowolenie w całej Polsce, ale najostrzej objawiło się w Polsce północnej ‒ w Elblągu, Gdańsku, Gdyni i Szczecinie.

 

14 grudnia „stanęła” Stocznia im. Lenina w Gdańsku, a następnego dnia stocznia w Gdyni i inne zakłady. Byliśmy w pracy, ale mało kto pracował. Zbieraliśmy się w grupki, dyskutowaliśmy i wiecowaliśmy przed budynkiem dyrekcji. Od czasu do czasu nad stocznią krążył helikopter, czasami zrzucał ulotki, a przez głośniki radiowęzła stoczniowego dyrektor nawoływał do zachowania spokoju i ciągłości pracy. Utworzył się Komitet Strajkowy, który rozpoczął negocjacje z dyrekcją stoczni, ale przede wszystkim z Komitetem Miejskim PZPR, bo podstawowym celem strajku było wycofanie podwyżek cen żywności.

 

16 grudnia zasadniczo nic się nie zmieniło: nikt nie pracował, ludzie zbierali się w grupy i dyskutowali o sytuacji. O 7.30 została przerwana łączność telefoniczna. Kierownik biura, w którym pracowałem zabronił opuszczania samowolnie stanowiska pracy. O 8.00 dyrektor Tymiński przez radiowęzeł stoczniowy odczytał odezwę, w której znów wzywał pracowników do podjęcia pracy. Tym razem pod komunikatem podpisał się komitet zakładowy PZPR, kierownictwo stoczni i samorząd robotniczy, a nie jak dotychczas Rada Zakładowa Związku Zawodowego. (Rada Zakładowa nawoływała przez radiowęzeł, aby nie utrudniano dowozu śniadań do stołówek wydziałowych). Ok. 8.30 nad stocznią krążył śmigłowiec zrzucający ulotki wzywające do powrotu do pracy. Powtarzało się to jeszcze kilka razy w ciągu dnia. Mówiono, że ze śmigłowca robiono zdjęcia, szczególnie tym, którzy wchodzili na dachy m. in. dyrekcji. Rozeszła się wieść, że za bramą stoją wozy pancerne, wojsko i milicja. Przed budynkiem dyrekcji zebrały się tłumy i ludzie oczekiwali na rezultaty rozmów Komitetu Strajkowego z KM PZPR. Rozeszła się wieść, że dyrektor Tymiński oddał się w ręce Komitetu Strajkowego jako zakładnik. O godz. 12.50 zastępca dyrektora stoczni przez radiowęzeł podał informację, że ze strajkujących pracowników oddelegowano cztery osoby do rozmów i ta delegacja udała się do miasta. Do 14.00 mieli wrócić z powrotem. O 13.55 przez głośniki przemówił jeden z pracowników oddelegowany spośród strajkujących, że dzwonił do Komitetu Miejskiego PZPR i powiedziano mu, że delegacja wróci o 14.15.

 

Dotarły też do nas wieści, że w Gdańsku zrobiło się naprawdę „gorąco”. Wieczorem z mieszkania na Płycie Redłowskiej obserwowaliśmy przez okna długi ciąg świateł reflektorów pojazdów jadących od strony Wielkiego Kacka, ulicą Wielkopolską. W telewizorze premier Józef Cyrankiewicz groźnym tonem karcił „warchołów i nierobów”, którzy zakłócali normalną pracę, a wicepremier Stanisław Kociołek podobnym tonem kazał następnego dnia iść do pracy.

 

Rankiem 17 grudnia około godziny 6.00 wraz z innymi stałem na przystanku autobusowym na Płycie Redłowskiej, skąd autobusem nr 134 dojeżdżałem do stoczni. Usłyszeliśmy głośny huk wystrzału z działa. Kierowca autobusu nie chciał jechać, ale w końcu zmusiliśmy go do tego. Zawiózł nas tylko do dworca głównego w Gdyni, a dalej szliśmy w kierunku stoczni pieszo. Im bliżej byliśmy stoczni tym tłum gęstniał. Teraz już było słychać wystrzały karabinów, a na niebie połyskiwały świetlne kule, bo co któryś nabój był świetlny. Na wiadukcie pociski odbijały się od jego filarów i łuków. Część ludzi stała, a część zawracała w kierunku miasta. Pomiędzy tłumem przepychały się na sygnale karetki pogotowia. Postanowiłem również zawrócić i wraz z innymi ulicą Marchlewskiego (obecna Janka Wiśniewskiego), Migały (Wójta Radtkego) i Świętojańską szliśmy w kierunku gmachu Prezydium Miejskiej Rady Narodowej na ulicy Czołgistów (aleja Marszałka Piłsudskiego) na Wzgórzu Nowotki (obecnie Wzgórze Św. Maksymiliana). Po drodze mijaliśmy gmach Komitetu Miejskiego PZPR, żołnierzy w czołgach i transporterach lub stojących obok. Niektórzy z nimi rozmawiali, inni częstowali papierosami i sytuacja wówczas nie wydawała się taka groźna jak przy stoczni i później na ulicy Czołgistów. Tym bardziej, że wszyscy szli spokojnie i nie było niszczenia czegokolwiek (w przeciwieństwie do poprzedniego dnia w Gdańsku, gdzie nawet podpalono gmach PZPR). „Gorąco” zrobiło się dopiero na miejscu przy Czołgistów. Krążył śmigłowiec i zrzucał ulotki i petardy z gazem łzawiącym, a od strony morza milicjanci z tarczami, pałkami i pistoletami, próbowali rozproszyć tłum, nacierając na demonstrujących i rzucając petardy z gazem łzawiącym. Było ich jednak zbyt mało, aby osiągnąć swój cel. Raz posuwali się do przodu, potem ludzie rzucający w nich kamieniami (przeważnie tymi z nasypu kolejowego) i odrzucający w ich kierunku petardy spychali ich z powrotem. Dopiero po kilku godzinach od strony Gdańska nadjechali inni milicjanci (posiłki z Gdańska), którzy zaczęli skutecznie rozpraszać tłumy. Przede wszystkim, byli bardziej bezwzględni, bo sam widziałem jak używali broni strzelając z pistoletów do ludzi. Wycofałem się wówczas na drugą stronę torów kolejowych i pieszo poszedłem do Chyloni, skąd odjeżdżały pociągi do Wejherowa. Postanowiłem już nie wracać na Płytę Redłowską, lecz jechać do Leśniewa, bo wiedziałem, że przynajmniej w piątek i w sobotę pracy nie będzie.

 

Ostatecznie w stoczni zaczęto pracować dopiero po świętach. Rząd wycofał się z podwyżek cen i krajem przestał rządzić Gomułka i Cyrankiewicz. Oficjalnie podano, że w Gdyni 17 grudnia zginęło 18 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

 

Józef Lanc

 

Józef Lanc w młodości w traserni Stoczni im. Komuny Paryskiej. Archiwum JL

Józef Lanc w pochodzie stoczniowców po latach w miejscu tragicznych wydarzeń Grudnia 70 - na wiadukcie przy stacji SKM Gdynia-Stocznia. Archiwum JL

Kolejne artykuły związane z Grudniem 70 w Gdyni można znaleźć tutaj:

Ważna rocznica. Grudzień 1970

Wspomnienia z Grudnia 1970. Przeżyłem

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl