Rocznica morskiej tragedii
MF Jan Heweliusz – katastrofa promu i pamięć o ofiarach
W ostatnim czasie wiele osób pisze o serialu Heweliusz, który miał premierę w listopadzie 2025 roku. Ja również obejrzałem go jakiś czas temu. Długo zbierałem się, aby coś napisać. Czy w ogóle powinienem pisać?
Myślę, że dla mnie to nie tylko serial, jeden z wielu. To coś więcej. Do tej katastrofy wracam praktycznie co roku w styczniu. Całe życie mieszkam nad morzem, wśród miast – Gdyni, Gdańska i Szczecina. Pochodzę z marynarskiej rodziny. W PLO, PŻM i Dalmorze pływali dziadek, ojciec, wujkowie... Sam również miałem okazję uczestniczyć w rejsach. Ciągła obawa o życie i zdrowie bliskich przebywających na morzu była przez wiele lat wpisana w życie mojej rodziny.
Serial „Heweliusz” i pamięć o katastrofie
Wracając do serialu – obraz katastrofy i całej otoczki początku lat 90. XX wieku jest bardzo realistyczny i zgodny z tym, co pamiętam. Nie będę czepiał się drobnych szczegółów. Dla kogoś, kto miał w rodzinie marynarzy, kto sam pływał w rejsy i ma choć trochę wiedzy związanej z morzem, pewne nieścisłości są oczywiste. Nie przesłaniają jednak celności obrazu i klimatu tamtych lat, który udało się twórcom uchwycić.
Nie zamierzam wydawać wyroków na temat tej strasznej katastrofy. Z pewnością nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Znam jednak powiedzenie: „Jeśli chcesz nauczyć się modlić, wypłyń w sztorm na morze”.
Osobiście przeżyłem kilka sztormów, ale nie takich, z jakim zmagał się MF Jan Heweliusz podczas feralnej nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku. Kiedy po latach wspominałem ojcu sztormy, które przeżyliśmy podczas wspólnego rejsu, mówił: „To jeszcze nie były najgorsze sztormy. To było niewiele”. A nie należał do ludzi skłonnych do przesady i opowiadania niestworzonych historii.
Do końca nie wiemy, jak wyglądała tamta straszna, huraganowa noc z 13 na 14 stycznia 1993 roku w pobliżu wyspy Rugii.
Bałtyk to specyficzne morze. Niby śródlądowe, niby wielkie jezioro, jak mówią niektórzy, ale niebezpieczne, z krótką i nieprzyjemną falą. Nieprzewidywalne, jak każde morze. Bliskość brzegu czasem usypia czujność, dając złudne poczucie bezpieczeństwa.
Rok po tragedii Jana Heweliusza przypomniało o tym zatonięcie na Bałtyku, w pobliżu Finlandii, innego promu – Estonii. Katastrofa pochłonęła ponad 800 ofiar. Wydarzyła się we wrześniu 1994 roku, a więc nie w okresie tradycyjnie kojarzonym z najsilniejszymi zimowymi sztormami.
Serial jako dzieło fabularne rządzi się własnymi prawami. Heweliusz nie musi być w każdym szczególe wierny rzeczywistym wydarzeniom. Twórcy mają prawo do licentia poetica.
Podobnie nie w pełni wierny rzeczywistości był słynny Das Boot (Okręt), oparty na motywach powieści Lothara-Günthera Buchheima. Pamiętam mało znaną książkę niemieckich podwodniaków, która ukazała się jako odpowiedź na to dzieło – Nein! So war das nicht (Nie! To nie było tak).
Nie przeszkodziło to jednak, aby książkowy i filmowy Das Boot uznano za jedno z najważniejszych dzieł antywojennych poświęconych II wojnie światowej, podobnie jak Na Zachodzie bez zmian Ericha Marii Remarque’a w odniesieniu do I wojny światowej. To klasyka gatunku.
Wracając do serialu Heweliusz – części zdarzeń z pewnością nie uda się już wyjaśnić. Pozostaje pamięć. Dobra pamięć o kapitanie Andrzeju Ułasiewiczu, jego załodze oraz pasażerach – ofiarach katastrofy. Nie chcę myśleć inaczej, mając choć trochę wyobraźni o morzu.
Minęły ponad trzy dekady. Twórcy serialu kreślą dość śmiałe scenariusze, dotyczące między innymi transportu broni i udziału służb. Nie ma jednak potwierdzonych dowodów pozwalających traktować te wątki fabularne jako ustalenia dotyczące rzeczywistych przyczyn katastrofy.
Prawdziwy jest natomiast obraz trudnej sytuacji państwa polskiego na początku lat 90. XX wieku. Finansowa zapaść i niedostatek środków wpływały na tempo modernizacji infrastruktury oraz poziom bezpieczeństwa. Nie oszukujmy się, tak było – nie tylko na morzu.
Pamiętacie, jakimi jeździliśmy autobusami, jak wyglądała kwestia BHP w różnych zakładach pracy, jakim sprzętem dysponowały służby ratownicze? Tak wyglądały lata 90. – Polska w okresie transformacji ustrojowej i gospodarczej.
MF Jan Heweliusz – historia promu i katastrofa z 1993 roku
MF Jan Heweliusz nie należał do najszczęśliwszych statków pod względem zastosowanych rozwiązań konstrukcyjnych i przebiegu eksploatacji. Został zaprojektowany i zbudowany przez Norwegów, którzy mieli wówczas stosunkowo niewielkie doświadczenie w projektowaniu tego typu promów kolejowo-samochodowych ro-ro, o dość płaskim dnie i głównych przestrzeniach ładunkowych w części nadwodnej.
Prom zbudowano w stoczni Trosvik Verksted A/S i zwodowano w 1977 roku dla Polskich Linii Oceanicznych. Trzy lata wcześniej zwodowano jego siostrzaną jednostkę – MF Mikołaj Kopernik.
Był to prom siostrzany, ale według relacji dotyczących eksploatacji obu jednostek nie sprawiał tylu problemów co Jan Heweliusz. Ten ostatni od początku dostarczał kolejnym kapitanom i załogom wielu trudności, szczególnie związanych ze statecznością.
Oba promy od początku swojej służby obsługiwały linię Świnoujście – Ystad.
Przed 1993 rokiem na MF Jan Heweliusz odnotowano łącznie 26 wypadków i niebezpiecznych zdarzeń, w tym przechyły w porcie, kolizje z kutrami oraz pożar w 1986 roku.
Wskutek wysokiej temperatury podczas pożaru górny pokład został zdeformowany i pofałdowany. Aby zniwelować powstałe uszkodzenia, podczas remontu w hamburskiej stoczni Blohm & Voss pokład wyrównano betonową wylewką o masie około 60 ton. Rozwiązanie to mogło przyczynić się do pogłębienia problemów ze statecznością promu.
W nocy z 13 na 14 stycznia 1993 roku MF Jan Heweliusz odbywał swój ostatni rejs ze Świnoujścia do Ystad. Podczas silnego sztormu prom przewrócił się na burtę i zatonął 14 stycznia około godziny 5.00, na wschód od wyspy Rugii.
Zginęło 20 członków załogi i 36 pasażerów. Podczas niezwykle trudnej akcji ratunkowej życie ocaliło zaledwie dziewięciu członków załogi.
Działania ratunkowe prowadzili początkowo Niemcy i Duńczycy, a w późniejszym czasie również polskie jednostki. Była to najbardziej tragiczna katastrofa morska w dziejach powojennej polskiej floty.
Wrak promu znajduje się na pozycji 54°36′58″N, 014°13′16″E. Leży na lewej burcie, a miejsce jego zatonięcia oznaczono czarno-czerwono-czarną pławą świetlną „JH”.
Zatonięcie statku oznaczało przede wszystkim utratę tego, co najcenniejsze – wielu ludzkich istnień, marynarzy i pasażerów. Jak się jednak okazało, tragedia przyniosła również kolejną traumę rodzinom ofiar.
Czekały je wieloletnie postępowania przed izbami morskimi, walka o odszkodowania oraz spory dotyczące odpowiedzialności za katastrofę. W toku tych postępowań część odpowiedzialności przypisywano również tym, którzy nie mogli się już bronić – ludziom, którzy zginęli na morzu.
W moim przekonaniu państwo polskie nie wywiązało się należycie ze swojej roli wobec rodzin ofiar. Pozostaje żal.
Ofiary katastrofy i pamięć o ludziach morza
Myślę, że dla widzów niezwiązanych z morzem serial Heweliusz będzie cennym obrazem tamtych wydarzeń i przyczyni się do zachowania pamięci o ofiarach katastrofy. Ludzie morza będą z pewnością patrzeć na niego z innej perspektywy.
Dla mnie rzeczywistość Heweliusza to przede wszystkim pomnik i groby ofiar, które mijam za każdym razem na gdyńskim Cmentarzu Witomińskim. To również trumny, które stały na Molo Południowym w Gdyni w 1993 roku.
Mam wrażenie, że pamięć o Heweliuszu jest silniejsza w Szczecinie. Z pewnością powodów jest kilka. To właśnie tam znajdowała się siedziba armatora Euroafrica – spółki wydzielonej niegdyś z Polskich Linii Oceanicznych.
Ze Szczecinem związana była także Agnieszka Goldman, wicedyrektorka wspomnianej spółki, określana zaszczytnym mianem first lady of shipping, która zginęła w katastrofie. Nie bez znaczenia pozostaje również bliskość Świnoujścia, portu, z którego wypływał prom.
Pomnik upamiętniający katastrofę znajduje się także na szczecińskim Cmentarzu Centralnym przy ulicy Ku Słońcu, gdzie spoczywa część jej ofiar.
Myśląc o morzu, odsuwam od siebie landszaftowy obraz zachodu słońca, kapitana i oficerów w galowych mundurach na mostku. Taki obraz to ułuda.
Praca na morzu jest bardzo ciężka – zarówno dla samych marynarzy, jak i dla ich rodzin. Strach i troska o bliskich, tęsknota oraz stres są wpisane w życie ludzi morza. Morze bywa nieprzewidywalne. Czasem zabiera to, co najcenniejsze.
Mój dziadek, który spędził ponad 30 lat na morzu, przeżył w swojej karierze poważny wypadek. Później ocalał z kolejnego niebezpiecznego zdarzenia, kiedy znalazł się w wodzie i przez długie godziny czekał na pomoc.
Mówił mi, że na emeryturze ucieka od morza. Na spacery nie chodził nad gdyński brzeg. Z drugiej strony wciąż wspominał. Czasem miałem wrażenie, że jednocześnie kochał i nienawidził morza.
O jego doświadczeniach i życiu na morzu pisałem szerzej w artykule poświęconym historii mojego dziadka.
Andrzej Busler

Obraz Grzegorza Nawrockiego „Zatonięcie promu Jan Heweliusz” ze zbiorów Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku, namalowany na podstawie relacji świadków katastrofy.




Pomnik upamiętniający ofiary katastrofy MF Jan Heweliusz na Cmentarzu Witomińskim w Gdyni. Fot. Andrzej Busler.