Był taki czas. Wspomnienia pomorskiego harcerza
Wystaw opinię o produkcie
Koszty dostawy wybranego produktu
-
PACZKOMAT 13,95 zł
-
KURIER INPOST 15,00 zł
-
ORLEN PACZKA 13,30 zł
-
DHL Automat i punkt POP 14,50 zł
-
KURIER DHL 16,50 zł
-
PUNKT ŻABKA 14,50 zł
-
POCZTA PUNKT 13,30 zł
-
ODBIÓR OSOBISTY Darmowa
Cena dostawy dotyczy tego produktu (w wybranym wariancie - jeśli dotyczy). Może się ona zmienić po dodaniu innych produktów do koszyka.
Kod produktu: 9788397163690
Opis
1 listopada 1943 roku trafił do KL Stutthof. Tam odebrano mu imię i nazwisko, wpisując go do obozowej ewidencji jako więźnia politycznego z numerem 26 336.
Książka jest świadectwem losu jednostki, który zarazem odsłania dramat całego pokolenia. To przejmująca relacja, w której obozowa codzienność przeplata się z pytaniami o granice człowieczeństwa, o siłę pamięci i o sens ocalenia.
SPIS TREŚCI
Tczew — 11
Chojnice — 23
Lata szkolne — 24
Pod znakiem lilijki — 27
Junacki hufiec pracy — 31
Pierwsze miesiące wojny — 39
Wybuch — 40
Początek okupacji — ciemiężenie Polaków — 46
Pod władzą okupanta — 49
Hitlerowski terror — 50
Roboty przymusowe — 52
Praca w browarze — Szare Szeregi — 54
We wrogim mundurze — 61
Wcielenie do wojska — 62
Przerzucanie na Wschód — 63
Krym — 66
Nareszcie zostałem aresztowany — 71
W więzieniu — 73
Więzienne wyznania — 74
Gdańskie więzienia — 81
Konzentrationslager Stutthof bei Danzig — 89
Obozowe majątki — 92
Rejs śmierci — 101
W Danii — 109
Pierwsze miesiące wolności — 110
Rozważania o powrocie do Polski — 111
Kolonia Dzieci Polskich Uchodźców — 112
Ryzykowny rekonesans — 114
Powrót do kraju — 119
Epilog — 123
Przypisy — 135
Fragment książki:
Na świat przyszedłem w Tczewie, historycznym mieście nad Wisłą. W. Długołęski, odwołując się do badań językoznawców, rozważa pochodzenie jego nazwy. W XIII w. występowała ona w różnych formach, między innymi Dersow(e), Dirszowe, Dirsowe, Dirssowe, Trsew, Tres(s)ew... Wywodzono ją topograficznie od „trścień” — trzcina i stąd Trścień lub od imienia Dzierżek — Dzierżek. G. Gerullis natomiast wywodzi ją od pruskiego imienia Dirse. Tak czy inaczej zwany, mój rodzinny gród Tczew został założony przez księcia Sambora II w roku 1198 lub 1226, uzyskując prawa miejskie około 1260 r. Budowa pierwszego kościoła zakończyła się w 1226 r., zamku książęcego — w roku 1252.
Historia miasta jest bardzo ciekawa i długa. Warto się choć chwilę przy niej zatrzymać. Założyciel miasta, książę Sambor II, żył najprawdopodobniej w latach 1209–1278, choć trudno to dokładnie ustalić. Jego żoną była Matylda Meklemburska. Z małżeństwa tego urodziło się aż sześć córek i jeden syn. Tenże syn, Sobiesław II, zmarł młodo, w wieku 19 lat, natomiast córki zajmowały poważne pozycje w ówczesnej Europie. Najstarsza, Małgorzata, została żoną króla Danii Krzysztofa I. Eufemia była żoną Adolfa V Pomorskiego, hrabiego Holsztynu. Salomea została żoną Siemomysła, księcia kujawskiego. Najmłodsza z córek, Adelajda, wyszła za mąż za Bolesława Rogatkę, księcia legnickiego. Kolejna z córek — Zwinisława dzieliła życie z kasztelanem zawichojskim, Dobiesławem Sadowicą z Łętowic. Małżeństwo było biedne, zapewne zawarte z miłości. Gertruda natomiast nie wyszła za mąż. Władała „ziemią Pirsna”, którą dwukrotnie sprzedawała zakonowi krzyżackiemu. Była niezależną władczynią niewielkiego księstwa.
W nowszych czasach dzieje Tczewa wpisały się w historię współczesnej Europy. Ponad dwieście lat temu, w roku 1807, oddziały napoleońskie pod wodzą Henryka Dąbrowskiego zdobyły Gniew, a pod wodzą ppłk. Jana Umińskiego — Tczew. Jest w Tczewie takie miejsce, gdzie bawiłem się ze swoimi rówieśnikami. Wtedy zwane było z niemiecka „kiskulą” — piaskownicą, gdyż wydobywano tu piasek. Dziś używamy nazwy „kanonka”, od francuskiego canon — działo, armata. Tu bowiem Napoleon Bonaparte zgromadził swoich dwieście armat i stąd przeprawiał je przez Wisłę w czasie wyprawy na Moskwę.
O tym, jak Tczew przeżywał okupację hitlerowską, wspomnę później.
Moje miasto
Nad brzegiem leniwych Wisły fal,
Gdzie łagodny wiatru wiew,
Powstało moje miasto,
Mój kochany, piękny Tczew.
Narody różne w nim mieszkały:
Prusowie, Niemcy i Krzyżacy,
Tylko najwierniejsi-śmy zostali
My — poczciwi Kociewiacy.
Zaledwie 10 lat dane mi było wzrastać w mieście mego urodzenia. Tczew nad Wisłą, zwany z niemiecka Dirschau, gdy się urodziłem, leżał na granicy trzech państw. Na północy graniczył z Wolnym Miastem Gdańskiem (Freie Stadt Danzig), na wschodzie, z drugiej strony Wisły — z Prusami Wschodnimi. Sam należał do Polski.
Należałem do pierwszego pokolenia, które po rozbiorach Polski urodziło się w wolnej od zaborców Ojczyźnie.
Dzieckiem będąc, nie zdawałem sobie sprawy, że tu, w tym mieście mego urodzenia, współistnieją i pokojowo współżyją dwie narodowości. W domu mówiliśmy po polsku, może trochę z kociewska. Na podwórzu ze swoimi rówieśnikami rozmawiałem po niemiecku. Dziwiła się moja ciotka, która przyjechała z Berlina do Polski, że rozumiem i mówię po niemiecku. Lato spędzałem w Pączewie u dziadka Jana, ojca mego ojca. Dziadek stawiał mnie przed obrazem Tadeusza Kościuszki i odbierał ode mnie patriotyczną deklarację. Pytał: — Kto ty jesteś? Odpowiadałem: — Polak mały! Dziadek: — Jaki znak twój? Ja: — Orzeł biały! I tak do końca, tak długo, aż nauczyłem się na pamięć całego tekstu.
W Tczewie ukończyłem trzy klasy szkoły powszechnej. Uczyli mnie pani Ciechanowska i bardzo surowy pan Burdak. W tamtych czasach stosowano w szkole kary cielesne. Dość boleśnie miałem okazję zapoznać się z trzcinką na mych dłoniach. Nie przeszkodziło to jednak w popełnianiu kolejnych, surowo zabronionych i karanych wykroczeń. Oczywiście tego, że były to wykroczenia, nie zdawałem sobie sprawy. Takie to uczniowskie, dziecinne popisy.
Moja trzyklasowa tczewska edukacja okazała się wystarczająca, aby zdać egzamin wstępny do gimnazjum w Chojnicach. Tam bowiem został w 1931 r. przeniesiony mój ojciec, kolejarz. Przepisowo do gimnazjum przyjmowano dopiero po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej, było jednak kilku chłopców, którym pozwolono zdawać egzamin wstępny po trzech klasach. Na egzaminie musieliśmy poprawnie napisać dyktando i rozwiązać zadania matematyczne z reguły trzech. I rozwiązaliśmy!
Tczewskie doświadczenia były dość istotne dla mego przyszłego życia. W domu mieliśmy kołyskę, w której kołysałem moich braci, Zygmunta i Stanisława. Niestety, obaj umarli bardzo wcześnie. Pamiętam pogrzeb jednego z nich. Była bardzo sroga zima. Jechaliśmy na cmentarz dorożką. Pod nogami stała trumienka. Marzły mi nogi. Siostra moja, Katarzyna, zmarła przeżywszy zaledwie kilkanaście dni. Miałem 5 lub 6 lat, gdy zmarł mój dziadek, Franciszek Kamski — ojciec matki. Do dziś pamiętam śnieżnobiałe skrzydlate czepki sióstr opiekujących się dziadkiem.
Wtedy jednak najważniejsze dla mnie były zabawy z rówieśnikami na podwórku. Bawiłem się z kolegą Henrykiem. Nasi ojcowie wytoczyli nam z drewna bąki. Na kawałku równej powierzchni — cementowej, a nawet na gołej ziemi — popędzało się takiego bąka bacikiem. Chodziło o to, kto dłużej utrzyma swego bąka w ruchu wirowym. Drugą, bardzo popularną zabawą była gra w „penczry”. Penczer to była stara, pruska moneta z I wojny światowej. Po jej dewaluacji takich monet na terenie byłego zaboru pruskiego było bardzo dużo, jednak ten żelazny złom niewiele był wart. Monetę rzucało się o ścianę tak, aby po odbiciu znalazła się możliwie najbliżej monety współgrającego. Jeżeli tamta znalazła się w zasięgu rozpiętej dłoni, rzucający odbierał monetę przeciwnikowi.
Do gry w chowanego trzeba było odliczać i kolejno eliminować graczy. Ostatni, który pozostał w polu, musiał szukać i „zaklepywać” odszukanych. Nasze podwórkowe odliczanie odbywało się przeważnie po niemiecku: Ri, ra, rutsch, wir fahren mit der Kutsch, wir fahren mit der Eisenbahn, ri, ra, rutsch. Ostatnie rutsch wyrzucało z kręgu.
Do ulubionych zabaw należały wyścigi z kółkiem. Bogatsi z nas mieli duże, kolorowe kółka z drewna, które popychali patyczkiem. My do zabaw używaliśmy żelaznych krążków, rynek z kuchennego piecyka. Zabawa z nimi wymagała zrobienia sobie z drutu odpowiedniej prowadnicy. Zimą w domu graliśmy w młynka, „człowieku nie irytuj się”, domino i wiele innych gier kształcących różne nasze sprawności i umiejętności. Naturalnie jeździliśmy też na „łyżwach” — czyli drewnianych korkach podbitych drutem i przystosowanych do zjeżdżania z górki — i na „nartach” z klepek pozostałych po zniszczonych beczkach.
W latach 20. XX w. Tczew był jeszcze bardzo zgermanizowanym miastem. Odczuwało się wpływ Hakaty, która srożyła się na Pomorzu po wojnie prusko-francuskiej /1870–1871/, przegranej przez Francję. Mieszkało tu wielu bogatych i wpływowych kupców i rzemieślników niemieckich. Do lat 30. XX w. stosunki między Polakami a Niemcami układały się bardzo poprawnie, w niektórych przypadkach nawet przyjaźnie. Dość często zawierano małżeństwa mieszane. Jak podaje E. Raduński w książce Zarys dziejów miasta Tczewa:
Okupacja pruska zaczęła się 13 września 1772 roku wejściem komisji składającej się ze starosty /niemieckiego landrata/ Haubitza oraz radcy Büttnera, wraz z oddziałem wojskowym. Na murach ratusza i na trzech tczewskich bramach przybito orły pruskie. Do roku 1864 germanizacja miasta poczyniła znaczne postępy. Cofnęła się liczba dzieci mówiących po polsku. Do miejskiej szkoły uczęszczało wówczas 683 dzieci mówiących tylko po niemiecku, troje dzieci mówiących tylko po polsku i 177 dzieci dwujęzycznych, mówiących i po polsku, i po niemiecku.
W germanizacji ludności Tczewa w okresie zaborów najważniejszą rolę odgrywała szkoła. Prusy łożyły duże sumy na rozbudowę swoich szkół, a innych nie było. Drugim czynnikiem mającym duży wpływ na germanizację społeczeństwa była prasa. W 1848 r. pierwszą drukarnię w Tczewie założył A. W. Kéfemann. Wydawał w niej miejscową gazetę „Dirschauer Anzeiger”, później „Dirschauer Zeitung”. Egzemplarze tej gazety zachowały się od 1851. Ukazywała się jeszcze — jak pisze E. Raduński — w roku 1925. Kolejnym czynnikiem germanizacyjnym był obowiązek służby wojskowej w pruskim wojsku.
Część żołnierzy Polaków po skończonej obowiązkowej służbie pozostawała na terenach niemieckich, znajdując tam nie tylko pracę. Po powrocie wielu identyfikowało się z elementem niemieckim. Jednak mimo wysiłków germanizacyjnych ludność polska przetrwała. Nie z samego Tczewa, co prawda, ale z niedalekiego Zblewa na Kociewiu pochodzi słynny ksiądz Józef Wrycza, prezes Rady Naczelnej Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. Tak więc, mimo usiłowań zniemczenia Tczewa, dojrzewały tu szeregi przyszłych polskich bohaterów II wojny światowej. Dziś świadczą o tym tablice z nazwiskami pomordowanych. Znaczącą rolę w zachowaniu polskości w okresie międzywojennym odegrało harcerstwo.
Sprawy, o których przed chwilą wspomniałem i do których jeszcze wrócę w moim opowiadaniu, nie obchodziły mnie, ucznia trzeciej klasy szkoły podstawowej. Dla nas, dzieci, dużą atrakcją były wycieczki nad Wisłę. Ojcowie nasi wędkowali, my mogliśmy grać w piłkę, kąpać się między „główkami”, obserwować przepływających flisaków, a raz nawet uczestniczyć w majowej wycieczce statkiem po Wiśle. Niestety, zabawy skończyły się, gdy mój kolega Henryk utopił się, goniąc za piłką, która wpadła nam do rzeki.
Tczew poza rzeką miał i inne atrakcje, które pokazywali mi rodzice. Zwiedziłem z nimi pochodzący z XIX w. holenderski wiatrak, który wtedy jeszcze był czynny. Wielkim przeżyciem dla mnie, młodego człowieka, było przejście przez słynny most tczewski. Nosił i do dzisiaj nosi nazwę Most Lisewski, gdyż prowadzi na drugą stronę Wisły, do Lisewa. Na jego każdym przęśle zbudowano z żółtej cegły piękne wieże w kształcie obronnych baszt. W słońcu błyszczały jakby były ze złota. Nie liczyłem ich wtedy. Miało ich być 10, a na początku i na końcu mostu bramy wjazdowe. Most Lisewski budowano w latach 1851–1857, obok niego zaś, około 30 lat później, powstał most kolejowy. Dziś, choć uszkodzone przez wojnę, oba mosty są czynne i stanowią międzynarodowy zabytek inżynierii budowlanej.
Jeszcze zanim przeprowadziliśmy się do Chojnic, w Tczewie po raz pierwszy zobaczyłem hydroplan. Dwa takie samoloty przyleciały z lotniska wodnopłatowców, które znajdowało się w Pucku. Wylądowały na Wiśle w pobliżu wspomnianego Mostu Lisewskiego. Marzyłem wtedy o zawodzie lotnika lub marynarza. Z ciekawością chodziłem podglądać przez płot ćwiczących na boisku uczniów Szkoły Morskiej, która wówczas miała siedzibę w Tczewie. Również w tym mieście po raz pierwszy usłyszałem głos z radia. Mógł być wtedy 1926 r., dokładnie nie pamiętam. Nasz sąsiad, pan Karabasz, zmontował kryształkowe radio na słuchawki. Państwo Karabaszowie zaprosili nas do siebie. Siedzieliśmy skupieni i wpatrzeni w pana Karabasza chyba ze dwie godziny, a sąsiad ze słuchawkami na uszach cierpliwie manipulował kryształkiem. Wreszcie położył słuchawki na wcześniej przygotowanych talerzach. Dzięki ich drganiom usłyszeliśmy muzykę, fragment walca Straussa. Cała audycja trwała zaledwie dwie minuty. Byliśmy wszyscy przejęci i zachwyceni, ponieważ nadawano ją aż z Rzymu!
Ostatnim moim trwałym wspomnieniem z Tczewa jest powódź. Był chyba rok 1926, gdy ojciec zaprowadził mnie ulicą Podgórną nad Wisłę. Woda dochodziła z jednej trzeciej długości ulicy. Bałem się, patrząc na rzekę, budzącą lęk. Płynęły na niej nie tylko różne przedmioty, ale i zwierzęta domowe. Widziałem, jak na płynącym, przykrytym słomą fragmencie dachu stali koza i skomlący pies. Do dziś pamiętam ten okropny widok. Podobnie straszny — kilka lat później — był widok z małego mostku na płonący pociąg towarowy z bydłem.
Te dramatyczne przeżycia zacierały się jednak szybko w naszych dziecięcych głowach. Chodziliśmy wspomnianą „kanonkę” zjeżdżać na naszych...
Cechy produktu
Książki
- Autor Kazimierz Antoni Badziąg
- ISBN 978-83-971636-9-0
- Liczba stron 160
- Język polski
- Oprawa miękka
- Format 14,5 x 21 cm
- Rok wydania 2025
Autor
- Autor Kazimierz Antoni Badziąg
Opinie
Jeśli dodałeś/-aś recenzję, a nie pojawiłą się na liście, być może oczekuje na moderację.
Wystaw opinię o produkcie
Bezpieczeństwo produktu
Pliki do pobrania
Książka - informacje bezpieczeństwa dla użytkownika ‒ związane z użytkowaniem