Z południa nad morze
Opowieść o szczęśliwym człowieku
6 października 2024 roku w wieku 98 lat zmarł komandor Eugeniusz Wrochna - w 2010 roku, krótko po uroczystości wręczenia Medalu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, "Gazeta Wyborcza" zamieściła reportaż mojego autorstwa o tej zasłużonej postaci. Dziś powracam do niego wspominając tego niezwykłego Człowieka związanego przez większość życia z Armią Krajową, Wojskiem Polskim i Gdynią:
Najciekawszych scenariuszy nie piszą wybitni scenarzyści, lecz samo życie. O słuszności tych słów przekonałem się poznając bliżej Eugeniusza Wrochnę, długoletniego prezesa gdyńskiego oddziału Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.
Przed naszym spotkaniem nie udało mi się zdobyć zbyt wielu informacji o jego życiu, chociaż przejrzałem sporo książek na temat historii Armii Krajowej na Pomorzu. Dopiero później dowiedziałem się, dlaczego w pomorskich źródłach nie znalazłem żadnej wzmianki o bohaterze mojego reportażu.
Umawiając się na spotkanie, zastanawiałem się, jak będzie wyglądać nasza rozmowa, bo przecież dzieli nas około pięćdziesięcioletnia różnica wieku, ale już pierwszy kontakt rozwiał moje obawy. Sił witalnych i kondycji może pozazdrościć Eugeniuszowi Wrochnie niejeden dużo młodszy od niego…
– Jestem szczęśliwym człowiekiem – zapewnił mnie na początku rozmowy i zapytał od czego ma zacząć.
– Od początku – odpowiedziałem.
– Urodziłem się 13 maja 1926 roku w Grzmucinie koło Radomia…
Po tym stwierdzeniu zawiesił głos i bacznie mi się przyglądał, jakby czekając na moje słowa.
– Niezwykle ciekawa data urodzenia. Urodziny miasta Gdyni oraz dzień objawień Matki Bożej w Fatimie – stwierdziłem.
– Tak, Fatima. Pan wie? – zdumiał się.
Znów nastąpiła dłuższa pauza. Ale już po chwili nasze spotkanie przebiegało tak, jakbyśmy znali się od lat.
Dzieciństwo i młodość
Rodzice Eugeniusza Wrochny, Stanisław i Marianna, byli właścicielami siedmiohektarowego gospodarstwa rolnego. W ich rodzinie szczególną wagę przywiązywano do wartości związanych z wiarą chrześcijańską i patriotyzmem. Taki stan miał swoje głębokie uzasadnienie i powiązanie z przeszłością ojca, który w czasie I wojny światowej służył w legionach Józefa Piłsudskiego. Był także obrońcą Lwowa oraz uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Eugeniusz był najstarszym z pięciorga rodzeństwa. W swych rodzinnych stronach ukończył szkołę podstawową. Dalszą edukację przerwał wybuch II wojny światowej i zamknięcie szkół polskich. Ojciec po raz kolejny założył mundur polski w 1939 roku, aby bronić ojczyzny. Kiedy poszedł na front, na niespełna czternastoletnim Eugeniuszu, najstarszym z rodzeństwa, spoczął główny ciężar prowadzenia gospodarstwa rolnego. Pragnął jednak dalej się uczyć, więc gdy pojawiła się taka możliwość, zapisał się do niemieckiej szkoły technicznej, skąd został skierowany do obozu pracy w Trablicach, przy budowie torów kolejowych. Warunki były tam ciężkie:
– Mieszkaliśmy w zawszonych barakach, pracowaliśmy za darmo na rzecz niemieckiego okupanta. Gdybym co jakiś czas nie otrzymywał jedzenia od rodziny, ciężko, byłoby przeżyć – wspominał Eugeniusz Wrochna.
W Armii Krajowej
W końcu lipca 1944 roku Wrochna uciekł z obozu i nawiązał kontakt z Okręgiem Kielecko-Radomskim Armii Krajowej. Trafił do oddziału „Jodła”, w którego strukturach walczył do zakończenia wojny w maju 1945 roku pod pseudonimem „Jaskółka”.
– Dowódcy trzymali nas, młodych, bardzo krótko, panowała żelazna dyscyplina. Mieliśmy walczyć i wykonywać rozkazy. Komu było ciężko na duszy, kazano się modlić, odmawiać różaniec i kierować swe modlitwy do Matki Bożej.
Dla Wrochny II wojna nie skończyła się jednak w 1945 roku. Po wkroczeniu NKWD rozpoczęły się aresztowania i wywózki żołnierzy Armii Krajowej na Syberię. Podjął decyzję o nieujawnianiu się, nadal pozostając w strukturach AK. W sierpniu 1945 roku brał udział w słynnej akcji w Kielcach, w której z tamtejszego więzienia zostało uwolnionych kilkuset osadzonych, w zdecydowanej większości żołnierzy AK. Akcją dowodził kpt. Antoni Heda, pseudonim „Szary” (w późniejszych latach generał brygady). Podczas wspomnianej akcji, oddział „Szarego” wycofując się, trafił w ogień radzieckiej artylerii. Od zdziesiątkowania ocaliła go nadciągająca gęsta mgła. Straty własne były niewielkie. Za tę akcję Eugeniusz Wrochna został odznaczony Krzyżem Walecznych. Mówiąc o tych zdarzeniach po latach wspomina, że tę mgłę traktuje do dziś w kategorii cudu. Drugi Krzyż Walecznych otrzymał za swój wkład w przygotowanie podobnych działań związanych z odbiciem więźniów z radomskiego więzienia we wrześniu 1945 roku.
Aresztowanie
Kilka miesięcy później, w czasie Świąt Bożego Narodzenia, został aresztowany w swym domu przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i osadzony w lochach radomskiego więzienia. Niewielką celę dzielił z dwunastoma więźniami. Był wielokrotnie przesłuchiwany i torturowany. Nie przyznał się do przynależności do Armii Krajowej. W czasie aresztowania, przemycił ze sobą różaniec, który wiele lat temu otrzymał w darze od swej matki. Podczas przesłuchania rozwścieczony ubowiec rzucił tym różańcem o ścianę, drwiąc z wiary chrześcijańskiej.
– Był to czas, kiedy życie ludzkie nie miało żadnej wartości – wspomina. – Dziesiątki moich dawnych kolegów z leśnych oddziałów nie przetrwało przesłuchań, część zmarła tysiące kilometrów od swej ojczyzny. W moim umyśle pojawiała się wtedy upiorna myśl, że moje życie jest warte zaledwie tyle, co życie robaka, którego w każdym momencie można unicestwić.
Po jednym z przesłuchań ubowcy ciągnęli skatowanego Wrochnę za nogi korytarzami więzienia. W pewnym momencie pojawił się w mundurze oficera UB dawny kolega z ławy szkolnej. Dla obu spotkanie było dużym zaskoczeniem. Oficer spojrzał na skatowanego mówiąc:
– Gienek, co ty tu robisz?
Półprzytomny Wrochna odpowiedział pytaniem:
– A co ty tu robisz?
Na tym spotkanie się skończyło. Trzy tygodnie później Wrochna został zwolniony z więzienia. Do dziś nie wiadomo, czy stało się to za sprawą znajomego oficera. Obaj nigdy więcej się nie spotkali. Po wyjściu z więzienia w dalszym ciągu utrzymywał kontakt ze strukturami AK. Wspominał, że mimo represji ze strony władz komunistycznych, wielu żołnierzy AK miało jeszcze nadzieję na demokratyczną, wolną Polskę. Sfałszowane przez komunistów wybory do Sejmu w 1947 roku ostatecznie zweryfikowały te marzenia.
W Wojsku Polskim
W 1947 roku Eugeniusz Wrochna otrzymuje powołanie do wojska. Służy w oddziałach artylerii przeciwpancernej w Poznańskiem. Kończy szkołę podoficerską, a następnie oficerską. Opowiadając o tym po raz kolejny stwierdza:
– Miałem szczęście, trafiłem na dobrego dowódcę, wywodzącego się jeszcze z przedwojennej szkoły. To on pchał mnie do przodu. Zachęcał do nauki. Niestety, po jakimś czasie został usunięty z Ludowego Wojska Polskiego. Zaważyła jego przedwojenna przeszłość.
Ze względu na bezpieczeństwo ‒ swoje i swych bliskich, Wrochna zerwał prawie całkowicie kontakt z rodzinnymi stronami. Będąc już oficerem, przez krótki czas służył w Warszawie. Był specjalistą w Służbie Materiałów Pędnych i Smarów. Wielokrotnie wracał myślami do swej przeszłości w AK, wyczekując dnia, kiedy wojskowe służby informacyjne powrócą do jego sprawy:
– Będąc osadzony w ubowskim więzieniu, nigdy nie przyznałem się do przynależności do struktur Podziemia Polskiego. W moich aktach nie zachowały się żadne dokumenty potwierdzające służbę w AK. Byli jednak tacy, którzy nie wytrzymywali przesłuchań i ciągnących się tygodniami tortur. Nie potępiam ich, człowiek nie zna kresu swej wytrzymałości. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak zachowa się w takiej sytuacji.
W latach pięćdziesiątych Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego powrócił do sprawy związanej z aresztowaniem w 1945 roku. Oficerowie wspomnianej komórki nie natrafili jednak na żaden ślad działalności Wrochny w strukturach AK.
W 1955 roku został skierowany do Marynarki Wojennej w Gdyni. Przez 33 lata służył w Jednostce Wojskowej nr 1903 w Dębogórzu. Przez wiele lat pełnił tu obowiązki dowódcy. Całymi latami nie ujawniał swojej akowskiej przeszłości. Nie wiedziała o niej nawet jego najbliższa rodzina. Mówiąc o służbie w Ludowym Wojsku Polskim, po raz kolejny stwierdza:
– Miałem szczęście w życiu. W czasie wielu lat służby przetrwałem wszystkie „zawieruchy” władzy socjalistycznej, w jednostce obyło się bez większych wypadków i aresztowań itp. Jednak wielokrotnie musiałem milczeć, gdy słyszałem złe słowa pod adresem Armii Krajowej.
Wspominając o awansach, uśmiecha się, kilka ominęło go z powodu unikania szkoleń w ZSRR. Zrezygnował także z funkcji w Ministerstwie Obrony Narodowej w Warszawie. Gdy dochodzimy do 1956 roku, jego twarz poważnieje:
– Po odwilży październikowej brałem udział w charakterze ławnika w procesach rehabilitacyjnych dotyczących tzw. „procesu komandorów”. Zastanawiam co mógł czuć wówczas?
Mieszkając w Gdyni, należał do parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa. Proboszczem w tym kościele był wówczas słynny ks. Hilary Jastak, stanowiący do dziś symbol walki z ówczesnym systemem władzy. Mimo zakazów swych wojskowych zwierzchników Eugeniusz Wrochna uczestniczył w niedzielnych mszach świętych.
– Zazwyczaj stałem w tylnej części świątyni schowany za jednym z filarów. Takie czasy – dodaje – złe czasy.
Wspomina o uroczystości pierwszej komunii św. swej córki:
– Gdy zbliżał się maj, zostałem wezwany do swych wojskowych zwierzchników. Zapytano o uroczystości komunijne. Stwierdziłem, że nic mi o tym nie wiadomo. I na tym sprawa się zakończyła, a uroczystość pierwszej komunii św. mojej córki odbyła się zgodnie z planem.
Rozmawiamy o tych momentach służby, które najbardziej zapadły mu w pamięci:
– To była kolacja wigilijna w 1981 roku, krótko po wprowadzeniu stanu wojennego. Przygnębiająca atmosfera, niepewność. Wszyscy żołnierze skoszarowani w jednostce. Mnóstwo młodych poborowych z dala od swych rodzinnych domów. Co roku robiliśmy, na moje polecenie, wieczerzę wigilijną z opłatkiem i choinką. Taka namiastka domowej atmosfery dla tych, którzy pełnili służbę. Ze względu na sytuację, o której wspomniałem wcześniej, w 1981 roku zarządziłem szczególne przygotowania. Miało być zgodnie z tradycją, z opłatkiem, znacznie bardziej bogato niż w latach ubiegłych. Na kilka godzin przed wigilią otrzymałem wiadomość, że naszą jednostkę odwiedzi wysoki rangą oficer polityczny. Zdecydowałem, że nic nie zmieniamy, pogodziłem się z przewidywanymi konsekwencjami swojej decyzji. Wieczorem wszyscy zasiedliśmy przy stole. I pojawiła się niezręczna atmosfera, opłatek na stołach, ale wszyscy siedzą. Żołnierze byli przestraszeni nagłą wizytą oficera politycznego. Po dłuższej pauzie jeden z bosmanów, niezwykle odważny człowiek, wstał, wziął ze stołu kawałek opłatka i podszedł do oficera politycznego. Ten przełamał się z nim i w tym momencie coś pękło w ludziach. Nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałem, aby tak łamano się opłatkiem, aby z taką serdecznością składano sobie nawzajem życzenia. To było niezwykłe. Na szczęście naszej jednostki nie dosięgły żadne konsekwencje. Po latach, już po 1989 roku, spotkałem na ulicach Gdyni tego oficera politycznego, dziękowałem mu z całego serca, że wtedy tak się zachował, że nie wyciągnął z tego żadnych konsekwencji, bo przecież mógł.
W naszej rozmowie powraca temat ks. Hilarego Jastaka. Wrochna wspomina, że gdyński kapłan podczas kolędy w jego domu, opowiadał o przyjmowaniu duszpasterzy przez żołnierzy zawodowych. Proboszcz stwierdził wtedy, że bosman, najwyżej chorąży, to jeszcze przyjmie kapłana, natomiast oficerowie już nie. Na te słowa pan Eugeniusz poszedł do drugiego pokoju i po chwili przyniósł swój galowy mundur z dystynkcjami oficerskimi. Od tego czasu ks. Jastak wielokrotnie gościł w jego domu. W stan spoczynku pan Wrochna przeszedł w 1988 roku w stopniu komandora.
Po 1989 roku
Nadszedł 1989 rok. To, co wydawało się jeszcze całkiem niedawno zupełnie nierealne, stało się faktem. W Polsce zmienił się system. Wrochna ujawnił swoją przeszłość. Wielu jego dawnych kolegów z Ludowego Wojska Polskiego było zaskoczonych.
– Byli tacy, którzy mi gratulowali, ale byli też inni, którzy się ode mnie odwrócili.
Po 1989 roku brał udział w działaniach mających na celu powołanie Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. W oddziale gdyńskim tej organizacji od początku jej istnienia zasiadał w naczelnych władzach. Przez blisko dwadzieścia lat był jej prezesem. Uczestniczył w wielu inicjatywach społecznych. W Gdyni włączał się w prace, związane z budową pomnika Ofiar Terroru Komunistycznego z lat1939‒1945 oraz Płyty Marynarza Polskiego na Skwerze Kościuszki. Był również współinicjatorem nadania stopnia oficerskiego księdzu prałatowi Hilaremu Jastakowi. Przez wiele lat współpracował z gdyńską Szkołą Podstawową nr 26 im. Żołnierzy Armii Krajowej.
Za swoje bohaterskie czyny był wielokrotnie odznaczany, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, a w późniejszych latach od władz polskich na uchodźstwie w Londynie otrzymał Krzyż Armii Krajowej oraz Medal Wojska. Eugeniusz Wrochna, mimo wielu lat upokarzania i marginalizowania żołnierzy Armii Krajowej w czasach PRL-u, zachował do dziś pogodę ducha i radość życia. Jest osobą niezwykle skromną. W czasie naszego spotkania widzę jednak wielokrotnie, że jego twarz poważnieje, a wzrok odpływa gdzieś daleko. I po raz kolejny słyszę:
– Miałem w życiu szczęście. Przeżyłem II wojnę światową, represje ze strony władz komunistycznych, założyłem rodzinę, doczekałem się córki oraz pięciorga wnuków. Czego więcej trzeba od życia?
Gdy mowa o rozliczeniach z dawnymi krzywdami, stwierdza:
– Przebaczyłem po chrześcijańsku swym oprawcom. Przyszło mi żyć w takich, a nie innych czasach i nie mam o to do nikogo żalu. Ogromną radością był dla mnie moment, kiedy moi dawni dowódcy z Armii Krajowej zaczęli zasiadać w naczelnych władzach Rzeczypospolitej.
Ze wzruszeniem wspomina:
– Wkrótce po pierwszych demokratycznych wyborach parlamentarnych w 1989 roku zobaczyłem w telewizji swego dawnego dowódcę oddziału AK Stefana Bembińskiego, pseudonim „Harnaś”, jako senatora pierwszej kadencji. Przez całe lata sądziłem, że nie żyje. Władze komunistyczne skazały go bowiem w 1946 roku na karę śmierci. Takie były losy tysięcy żołnierzy Armii Krajowej. Wielu z nich nie doczekało wolnej Polski.
Eugeniusz Wrochna wielokrotnie powtarza:
– Za swoją walkę, swoje działania w AK niczego nie oczekuję. Jednak wielką radością dla mnie i moich kolegów jest świadomość, że pamiętają o nas władze Gdyni, Szkoły Podstawowej nr 26 i innych instytucji. Moim marzeniem jest, aby o historii Armii Krajowej uczono na wyższych uczelniach wojskowych przyszłych oficerów Wojska Polskiego.
Miejsce na ziemi
Jego droga życiowa wiodła z południa Polski do Gdyni. Właśnie w tym mieście spędził większość swego życia. Czy nie tęskni za swymi rodzinnymi stronami, okolicą Radomia?
– Dziś już nie tęsknię za tą ziemią. Przez wiele lat nie mogłem tam przebywać. Obecnie nie ma tam nikogo z mojej rodziny. Bliscy są w Gdyni. To moje najważniejsze miejsce na ziemi, dobrze się tu czuję. To miasto otwarte na świat, miasto z morza i marzeń. Gdy myślę o swym mieście, szerzej swej ojczyźnie, jestem pełen nadziei. Polska jest naszą najwyższą wartością i rządzącym tym krajem powinna towarzyszyć myśl: „nie chodzi o partię, lecz chodzi o Polskę”.
Epilog
Dwa tygodnie po naszej rozmowie, 17 stycznia 2010 roku, jestem na obchodach 10. rocznicy śmierci ks. prałata Hilarego Jastaka, które odbywają się w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni. Kiedy oglądam wystawę poświęconą gdyńskiemu kapłanowi, spotykam Eugeniusza Wrochnę. Witamy się serdecznie. Po jakimś czasie siadam w ławce w bocznej części świątyni. Przyglądam się tłumowi zwiedzającemu wystawę. Nieopodal widzę klęczącego w ławce pana Eugeniusza. Na tle zwiedzających jest jakby nieobecny. Trzy tygodnie później 10 lutego podczas Uroczystej Sesji Rady Miasta Gdyni Eugeniusz Wrochna otrzymuje Medal im. Eugeniusza Kwiatkowskiego „Za wybitne zasługi dla Gdyni”. Po raz kolejny powtarza: – Jestem szczęśliwym człowiekiem.
Andrzej Busler
Eugeniusz Wrochna podczas uroczystej sesji Rady Miasta Gdyni w 2010 r. został uhonorowany Medalem im. Eugeniusza Kwiatkowskiego. Fot. Archiwum UM Gdynia

Komandor Eugeniusz Wrochna (1926-2024). Fot. Archiwum rodzinne EW




Eugeniusz Wrochna przez wiele lat był prezesem gdyńskiego oddziału Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej uczestnicząc w wielu inicjatywach i uroczystościach. Fot. Archiwum rodzinne EW
Jeśli interesują Cię wojenne wspomnienia polecamy książkę - Wojenne herstorie. Wspomnienia kobiet z lat 1939-1945.