Na skrzydłach. Wspomnienia lotnika i społecznika
Wystaw opinię o produkcie
Koszty dostawy wybranego produktu
-
PACZKOMAT 13,95 zł
-
KURIER INPOST 15,00 zł
-
ORLEN PACZKA 13,30 zł
-
DHL Automat i punkt POP 14,50 zł
-
KURIER DHL 16,50 zł
-
PUNKT ŻABKA 14,50 zł
-
POCZTA PUNKT 13,30 zł
-
ODBIÓR OSOBISTY Darmowa
Cena dostawy dotyczy tego produktu (w wybranym wariancie - jeśli dotyczy). Może się ona zmienić po dodaniu innych produktów do koszyka.
Kod produktu: 9788397163676
Opis
Na skrzydłach. Wspomnienia lotnika i społecznika
Wspomnienia lotnika i społecznika” to obszerna i ciekawa opowieść o barwnym życiu pilota wojskowego i jednego z założycieli Stowarzyszenia „Rodzina Piaśnicka”. Autor wspomina swoje wojenne dzieciństwo w Brzeszczach, trudne lata powojenne, fascynację sportem i lotnictwem. Pasjonaci lotnictwa znajdą tutaj opisy nauki w wojskowych szkołach lotniczych, służby w jednostkach lotniczych od lat 60 do lat 90. Ostatnie rozdziały książki autor poświęca swej działalności społecznej, w tym uczestniczeniu w pracach, które doprowadziły do powstania Stowarzyszenia „Rodzina Piaśnicka”.
Autor prowadzi czytelnika przez kolejne etapy swojego życia – od wojennego dzieciństwa spędzonego w Brzeszczach, przez trudne realia powojennej Polski, aż po realizację marzeń o lataniu. Ważne miejsce zajmują wspomnienia związane ze sportem, edukacją wojskową oraz służbą w polskim lotnictwie wojskowym od lat sześćdziesiątych do dziewięćdziesiątych XX wieku. Książka ukazuje codzienność pilotów, proces szkolenia lotniczego, służbę w jednostkach wojskowych oraz przemiany zachodzące w polskim lotnictwie na przestrzeni kilku dekad.
Spis treści
MŁODOŚĆ — 9
A JEDNAK LOTNICTWO — 51
SPORT — 79
ROZPOCZYNAM SŁUŻBĘ ZAWODOWĄ — 89
OŚRODEK KIEROWANIA RUCHEM LOTNICZYM — GDAŃSK — 143
DZIAŁALNOŚĆ W RADZIE NADZORCZEJ NAUCZYCIELSKIEJ SPÓŁDZIELNI MIESZKANIOWEJ — 159
STOWARZYSZENIE MIŁOSIERDZIA ŚW. WINCENTEGO A PAULO — SOPOT — 181
STOWARZYSZENIE RODZINA PIAŚNICKA — 211
MOJA SUBIEKTYWNA OCENA POLITYCZNA — 251
ZAKOŃCZENIE — 271
Leśniczak Marceli (1901–1939)
Urodził się 19 grudnia 1901 r. w Rakoniewicach pod Poznaniem.
Ukończył Gimnazjum w Wolsztynie oraz studia na wydziale budowy maszyn okrętowych Gdańskiej.
Marceli Leśniczak rozpoczął pracę zawodową w Warsztatach Portowych Marynarki Wojennej w Gdyni. Należał do Stowarzyszenia Techników Okrętowych Polskich. Pełnił w nim funkcję skarbnika. Prowadził sprawy finansowe czasopisma „Morskie Wiadomości Techniczne” i był członkiem Polskiego Związku Zachodniego.
Aresztowany przez Gestapo jako zakładnik. Zamordowany w Lasach Piaśnickich 15 listopada 1939 r.
Marceli Leśniczak był ojcem Danuty Leśniczak-Bratek, żony Autora wspomnień.
Fragment książki:
Młodość
Było kilka powodów, aby napisać te wspomnienia. Od dłuższego czasu znajomi namawiali mnie do opisania mojego dość długiego życia. Nie bardzo sobie wyobrażałem, jak miałbym się do tego zabrać. Dopiero pandemia spowodowała, że w nadmiarze wolnego czasu spędzanego w domu, zacząłem się poważniej zastanawiać nad tymi minionymi latami. Stwierdziłem, że jest to możliwe do opisania w kilku oddzielnych rozdziałach. Okazuje się, że najtrudniej rozpocząć, bo później jest już łatwiej. Na ile pamięć pozwoliła, a tak sobie założyłem, dość szybko powstawały nowe strony i rozdziały. Rozpocząłem od urodzenia, prawie jak życiorys, a zatem…
Urodziłem się 12 maja 1940 r. w Brzeszczach jako drugie dziecko rodziców Weroniki z d. Mazur i Juliana Bratek. Ojciec Julian pochodził z wielodzietnej rodziny z Oświęcimia. Mama urodziła się w Ostrawie na Morawach, gdzie dziadek pracował w górnictwie, babcia prowadziła Dom Górnika. Dzieci z pierwszego małżeństwa, wujek Janek, ciocia Józka /oboje starsi od mojej mamy/. Gdy babcia zmarła, mama miała 4 lata. Dziadek ożenił się ponownie. Z tego małżeństwa urodził się Franciszek, z zawodu leśnik, mój chrzestny. Gdy zmarł dziadek, mama miała 7 lat. Jej druga mama ponownie wyszła za mąż. Owocem tego małżeństwa byli: Bohuslav — lekarz, ordynator w ostrawskim szpitalu i Tonda — pułkownik lotnictwa.
Mama zawsze powtarzała, że każdy chciałby mieć takich rodziców, jakich ona miała drugich. Wujek Janek — globtroter, objechał i zwiedził kawał świata, ciocia Józka — właścicielka salonu krawieckiego w Ostrawie i mama — wyszkolona fryzjerka damska.
Mam starszą o 8 lat siostrę Henrykę. Wyszła za mąż za Zdzisława Morończyka. Ich jedyny syn Artur jest moim chrześniakiem. Bardzo lubiłem szwagra, niestety zmarł w wieku 62 lat. Jak powiedział pan Docent z kliniki w Ochojcu, miał wrodzoną wadę serca. Nie była w stanie zrozumieć, jak mógł z tą wadą grać w piłkę nożną przez kilkanaście lat jako napastnik, a do końca życia trenować młodzież.
Zaraz po moim urodzeniu powstał problem — kto będzie moim ojcem chrzestnym. Miał nim być brat mamy Franciszek, ale ponieważ była wojna i nie mógł przyjechać, mama szukała kogoś w zastępstwie. Po kilku odmowach zmartwioną mamę spotkał pan Leopold Baczkowski. Gdy poznał problem, sam zaproponował, że będzie mnie trzymał do chrztu. Miałem mieć na imię Antoni, ale gdy przyjechała z Ostrawy ciocia Józka /siedemnaście lat starsza od mamy, bardzo energiczna, nie lubiąca sprzeciwu/, nie zgodziła się na Antosia. Gdy ksiądz zapytał, jakie imię nadamy, zapanowała cisza, wówczas ciocia z tylnego szeregu krzyknęła po czesku: Ondrzej — i został ochrzczony jako Andreas. Moje drugie imię to Leopold, po trzymającym mnie tak chętnie do chrztu panu Baczkowskim.
Mieszkaliśmy u państwa Faltusów. Jako trzyletnie dziecko zapamiętałem z tego okresu ładny ogród i huśtawkę na placu przed domem. Tata był bardzo zdziwiony, że jako 3-letnie dziecko mogłem to później dokładnie opisać.
Wspomnę mojego chrzestnego, wujka Franciszka. Miałem okazję zobaczyć go w 1957 roku, gdy przyjechał z czeską wycieczką do obozu w Oświęcimiu, później widzieliśmy się dopiero w 1967 roku, kiedy z moim kolegą Edkiem Mazurem i jego żoną pojechaliśmy na urlop do Czechosłowacji.
Wujek Franciszek był nadleśniczym w Ostrawie Porubie i przygotowywał się do przejścia do Pragi do Ministerstwa Leśnictwa, jednak w 1968 roku, będąc na urlopie w Wiedniu, przeoczył termin powrotu do kraju ogłoszony w Czechosłowacji po praskiej wiośnie. Najbliższa rodzina cioci Hanki to siostry jej nieżyjącego ojca, Bożena w Ostrawie, Greta w Wiedniu, Dita w Sztokholmie i Marzena w Budapeszcie. To Greta zaproponowała, żeby przeczekali tę interwencję wojsk UW i wysłała ich do Dity. Ponieważ na urlopie była cała rodzina, zdecydowali się nie wracać do kraju. Zostali w Sztokholmie, lecz żeby nie być ciężarem dla cioci Dity i jej męża — emerytowanego szwedzkiego dyplomaty, wujek, zgodnie ze swoim zawodem, znalazł pracę w lesie. Tu spotkał go profesor z Kanady, którego znał z sympozjów i konferencji w Londynie i Paryżu. Ciekawa była ich rozmowa, ponieważ pan Profesor pytał, czy te lasy kupił i rozpoczął ich wycinkę, a po zaprzeczeniu ucieszył się, zgadując, że wujek rozpoczął tutaj pracę naukową, jednak po kolejnym zaprzeczeniu dopuścił wujka do głosu i dopiero wówczas wysłuchał wyjaśnienia, że to jest konieczność zarobku na utrzymanie rodziny. Życząc rozwiązania problemu, odjechał. Po dwóch tygodniach przyszedł list z Uniwersytetu w Sztokholmie z pytaniem, czy przyjąłby u nich katedrę. Propozycję przyjął i tak rozwiązał kłopoty rodziny. Było to przed przeniesieniem Uniwersytetu do Uppsali.
Po dokonaniu transformacji ustrojowej odwiedził nas w Sopocie w 1992 roku, będąc w drodze do Czechosłowacji, gdzie miał wykłady w Pradze, a po drodze odwiedził babcię, swoją mamę w Hranicach. Wspominam o tym, ponieważ poza spotkaniami bardzo dużo opowiadała mi mama o moim chrzestnym. Wiem, że z wujkiem bardzo się lubili.
Bardzo ciekawa jest historia Janka, starszego brata mamy. Ten globtroter, który rozbudowywał port w Algierze, ranny w czasie I wojny światowej leżał na stosie jako martwy. Zobaczył go jego przyjaciel pan Curyło, mieszkaniec Brzeszcz Przecieszyna, a wiedząc, że ma medalik, chciał go zabrać dla rodziny. Zdejmując medalik poczuł ciepłe ciało, przywołał sanitariuszy i wujka uratowano. Po wojnie był u swojego wujka będącego od lat wójtem w Woli Batorskiej. W biały dzień, rano przyjechała tam „ekipa” /mieszkańcy byli przekonani, że to ekipa UB po cywilnemu — tylko oni mogli w tamtym czasie tak bezkarnie postępować/, otoczyła całą „wójtówkę” i rozpoczęła ostrzał. Przy kieracie, gdzie stał jeden z nich, naliczono 72 łuski. Kontrolowali później, kto przeżył. Po wejściu do domu jeden z napastników uderzył wujka Janka.
Cechy produktu
Książki
- Autor Andrzej Leopold Bratek
- ISBN 978-83-971636-7-6
- Liczba stron 282
- Język polski
- Oprawa miękka
- Format 14,8 x 21 cm
- Rok wydania 2025
Opinie
Jeśli dodałeś/-aś recenzję, a nie pojawiłą się na liście, być może oczekuje na moderację.
Wystaw opinię o produkcie
Bezpieczeństwo produktu
Pliki do pobrania
Książka - informacje bezpieczeństwa dla użytkownika ‒ związane z użytkowaniem